Kiedy w 2000 roku pojawił się Deus Ex świat growy oszalał.
Gracze zgodnie twierdzili, że oto na ich oczach pojawił się tytuł genialny. Taki, który postawi rynek i postrzeganie tej rozrywki na głowie. Czy tak się stało? I tak i nie. Tak, bo na pewno wiele późniejszych produkcji czerpało z Deus Exa pełnymi garściami. A nie, bowiem zabrakło kontynuacji idei i marki stworzonej 11 lat temu (no dobra, nieudanej części z 2003 roku nie chcę po prostu liczyć). To znaczy tak było do dziś, a konkretnie do chwili premiery Deus Ex: Human Revolution. I jedno trzeba powiedzieć na początku: seria powraca w wielkim stylu.
Nim jednak przyjdzie do ogłaszania opinii i wydawania werdyktów wypadałoby powiedzieć coś o samej grze, prawda? Prawda!
Bunt Ludzkości?
Deus Ex: Human Revolituion, Bunt Ludzkości, jaki to podtytuł zyskała gra w naszym kraju, opowiada historię zmierzchu człowieka, w której musi odnaleźć się niejaki Adam Jensen, jej główny bohater. Nastała era zmian. Ludzkość już niebawem wejdzie w nowe - elektroniczne implanty wzmacniające naturalne cechy. Lepszy zestaw nóg, ramion, poprawione oczy - protezy, odbierające homosapiens ich człowieczeństwo w imię doskonalenia się i poszerzania umiejętności. Niestety, czy może stety, taka wizja rozwoju nie każdemu przypadła do gustu. Buntownicy i rebelianci zaczynają co raz głośniej wnosić swoje żale.
A gdzie w tym wszystkim jest wspomniany wcześniej Adam Jensen? W samym centrum wydarzeń! Protagonista to szef ochrony przedsiębiorstwa Sarif Industries, firmy wprowadzającej na rynek ulepszone wersje ludzkich kończyn. Jak strasznie niewdzięczna jest to praca Jensen przekonuje się w przeddzień rewolucji - firma zostaje zaatakowana przez intruzów uzbrojonych w zaawansowane modyfikacje ciała, tuż przed wprowadzeniem nowej technologii na rynek. Bohater, próbując powstrzymać intruzów siejących spustoszenie w budynku, zostaje ciężko ranny i cudem unika śmierci. No, w zasadzie to nie cudem. Pomocna okazuje się... technologia! Adam Jensen zostaje poddany szeregowi modyfikacji, które nie tylko utrzymują go przy życiu, ale też zmieniają w nadczłowieka. Dzięki wszczepionym implantom zyskuje on umiejętności dalece przewyższające zdolności zwykłego śmiertelnika.
Pół roku po zajściach w Sarif Industries Adam wraca na swe dawne stanowisko. Teraz, patrząc na świat trochę innymi, na wpół elektronicznymi oczami, dostrzega on zdarzenia i ślady, które skrzętnie starano się ukryć. Odkrywa intrygę prowadzoną na ogromną skalę. Będzie musiał wybrać na jaką jej stronę postawić - a wybór okaże się o wiele cięższy, niż się wcześniej wydawało. Nie ma tu bowiem decyzji białych i czarnych. Tu wszystko skąpane jest w
szarościach... Czy może bardziej złocie...
Innymi słowy: mamy do czynienia z prequelem w stosunku do poprzednich dwóch odsłon marki. W Human Revolution znajdujemy w czasach, w których technologiczne ulepszenia są zarezerwowane dla nielicznych i najbogatszych. To właśnie ten przełom ludzkości jest głównym motywem przewodnim fabuły.
Strzelaj, skradaj się, myśl
Nowy Deus Ex to rasowy erpeg, w którym wiele zależy od woli gracza. Przebieg historii, będącej "klu" tytułu, sposób jej przeżywania oraz interakcje ze światem - wszystko to zostało podporządkowane naszej woli. Także to, jak zaklasyfikujemy tę produkcję. Strzelanina? Jak najbardziej. Skradanka - czemu nie. A może taktyka omijania starć? Tak też można (poza kilkoma wyjątkami)! Twórcy wrócili zatem do korzeni i dali odbiorcy absolutnie wolną wolę. Finał tego typu działań to nieliniowa gra akcji z punktami doświadczenia, wciągającą fabułą i niebywałym poczuciem immersji.
Deweloperzy przygotowali wiarygodny świat, mogący wciągnąć dosłownie każdego. A jak najlepiej go poznać? Tak, zgada się, wypełniając misje.
Jak już pisałem Deus Ex to erpeg. Są w nim elementy strzelaniny, skradanki, łamigłówki, a więc te odrywające Human Revolution od utartego schematu gatunku. Ba, cała rozgrywka prowadzona jest z punktu widzenia bohatera (jak w FPS-ie) - kamera zmienia się tylko w momentach interakcji
Jansena (na przykład podczas "przyklejania się" protagonisty do osłony). Jednak jednej, kanonicznej dla RPG części tu zabraknąć nie mogło - misji. Wypełniając postawione przed nami zadania poznajemy historię, brniemy w przedstawioną nam historię. Podzielono na wskroś tradycyjnie: należące do wątku głównego, jak i te poboczne. Pierwsze - jak nie trudno się domyśleć - popychają fabułę do przodu, z kolei drugie są świetną okazją na to, aby zdobyć dodatkowe punkty doświadczenia czy kredyty (do czego jeszcze wrócimy). Zadania przedstawione przed nami są niezwykle różnorodne, a jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że każdą z nich będzie nam dane ukończyć na kilka sposobów, to jasnym się staje, że zabawy jest całą masę.
następna strona
Sposób ich przechodzenia uzależniony jest od gracza. W zależności od umiejętności naszych, zdolności w jakie zainwestujemy punkty doświadczenia i naszej moralności, większość zadań przejdziemy na swój indywidualny sposób - zarówno ten zaproponowany przez twórców, jak też wymyślony w trakcie. To iście nieliniowa produkcja. Zresztą tu wszystko takie jest - począwszy od pojedynczej misji, na przebiegu całej opowieści kończąc.
W Human Revolution czuć, że podjęta przez nas decyzja ma realny wpływ na świat. Co więcej wybory są niejasne pod względem moralnym. Do końca nigdy nie wiadomo czy postąpiliśmy słusznie, a swe
konsekwencje często poznajemy dopiero za kilka godzin - prawie jak w Wiedźminie. Historia niezwykle wciąga właściwie od pierwszej chwili. Po prostu z zapartym tchem wyczekujemy na to, co się wydarzy. I tak brniemy przed siebie, zagłębiając się w wykreowaną rzeczywistość i wykonujemy co raz to nowsze misje zbierając tym samym niezbędne punkty doświadczenia. Na co one?
A ty jakim Jensenem będziesz?
Każda interakcja jaką wykonamy - czy to zabójstwo, czy odnalezienie innej drogi - jest premiowane. Tą nagrodą są, jakżeby inaczej, punkty doświadczenia. Przy ich pomocy awansujemy na wyższe poziomy. Na każdym z nich decydujemy w jaką stronę rozwiniemy Adama. Może on zostać strzelcem wyborowym, szpiegiem, hakerem, bądź zmyślną hybrydą ich wszystkich. Wybór definiuje całą rozgrywkę i wymusza określony styl jej toczenia. I mimo, iż deweloperzy nie wskazują graczowi właściwego schematu rozwoju, to nie czuć, że taktyka "na Rambo" nie jest tą o jakiej marzyli.
O wiele rozsądniej jest przechodzić grę "cichaczem", umiejętnie włamywać się do komputerów, pozyskiwać klucze i łamać zamki (zaimplementowano prostą, acz satysfakcjonującą mini-gierkę w hakowanie). Uczyć się tego, jak wędrują strażnicy aby tę wiedzę wykorzystać w praktyce. No i tylko w ten sposób zagłębimy się w opowieść w pełni - komputery kryją
w sobie na przykład prywatną korespondencję mailową ich właścicieli, co wraz z porozrzucanymi wszędzie tabletami z informacjami świetnie pogłębia immersję. Oczywiście jeśli ktoś preferuje bezpośrednią konfrontację wtedy może bez przeszkód zrobić z Deus Eksa strzelaninę. Osłony, broń po poległych, porozrzucana amunicja, odnawiające się życie - to wszystko czeka.
Te zabiegi spowodowały, że wielu zupełnie różnych odbiorców odnajdzie się tu z wielką łatwością. Ja osobiście z przyjemnością skradałem się za plecami strażników, kradłem kody dostępu, a nieświadomych oponentów ogłuszałem i przenosiłem w zaciemnione miejsce. Z wielkiego arsenału korzystałem rzadko (właściwie jedynie podczas starć z bossami - o nich później), choć nie przeczę, że karabin usypiający jest pomocny. W zjednywaniu sobie serc ogromu graczy ma pomóc także niezłe SI oraz intuicyjne sterowanie - by bez przeszkód móc zagłębić się w fabułę. Innymi słowy: jest dobrze. Dobrze, choć nie genialnie. Human Revolution to tytuł skrojony na kontynuację legendarnej gry. Dosłownie. Każdy fan "jedynki" może z zamkniętymi oczami sięgać po tę część. To z jednej strony wielka zaleta, z drugiej - wada. Czemu? Bo troszkę zabrakło innowacyjności. To tytuł stworzony w 2011 roku, z kilkoma archaizmami.
Bez względu na to w jakiego Jensena zainwestujemy finał zawsze będzie taki sam - awans,
czy może bardziej nowy implant. Bohater to człowiek ulepszony w sposób totalny. Nowe oczy, nogi, ramiona i inne usprawnienia wbudowane w jego ciało sprawiły, że Adam jest niebezpieczny oraz diabelnie skuteczny. Aby tę wydajność jeszcze polepszyć każdą z technologicznych ulepszeń można przenieść na wyższy stopień. Dłuższy pasek życia, możliwość dokładniejszego widzenia, szpony wysuwane z ramion - możliwości jest naprawdę dużo. Problem w tym, że ich wykorzystywane zużywa energię. Z nadludzkich sztuczek należy używać z głową. Dają one ogromną przewagę nad oponentami, lecz szybko wyczerpują bohatera. Należy patrzeć na to co się dzieje i dostosowywać się do okolicznosci. Właśnie patrzeć! Jednym z elementów usprawnień bohatera są jego oczy. Te, dzięki rozwojowi myśli technicznej, pozwalają agentowi widzieć obiekty, których można użyć. Efekt? Kratka przez którą możemy przejść świeci się na złoto. Ta opcja troszkę psuje i zaburza rozgrywkę - na szczęście można ją wyłączyć. A skoro już o oprawie mowa...
poprzednia stronanastępna strona
Oprawa na złoty medal?
Z tą bywa różnie. Deus Ex nie jest produkcją oszałamiającą pod względem graficznym. To nie Crysis ani Battlefield 3.
Gra wygląda poprawnie, choć... sterylnie. Pomieszczenia po jakich się poruszamy często są opustoszałe, a interakcje z NPC-ami stoją na nie najwyższym poziomie. Zabrakło widoczków z wspomnianego już
Wiedźmina. Ja w wielu miejscach odnosiłem wrażenie, że przechadzam się po dużej makiecie. Niezbyt urodziwą oprawę podkreślają też animacje - szczególnie mimika (lip-sync leży!) - oraz przejścia między przerywnikami filmowymi. Twórcy, z nieznanych mi powodów, postanowili, że pre-renderowane, ślicznie animowanych fragmentów w płynny sposób przejść w dialog na silniku gry. Problem tylko w tym, że tych momentach uwidacznia się istna przepaść graficzna, a przez to poczucie sztuczności całości rośnie.
Do tego dochodzą jeszcze wspomniane wcześniej archaizmy. Adam Jensen podnosi masę rzeczy, ładuje je do dość ograniczonego ekwipunku i w odpowiedniej chwili wykorzystuje (broń po poległych, kredyty, informacje). Niestety nie stworzono żadnej animacji pokazującej tę czynność. Podobnie jest z otwieraniem drzwi czy podnoszeniem obiektów (co będziemy czynili nader często aby stworzyć sobie drogę). Po prosu naciskamy przycisk i coś się dzieje.
Nie najlepiej prezentują się także dźwięki. Zastrzeżenia mam głównie do dialogów. Te, toczone w iście BioWarowy sposób (z listy wybieramy nastawienie danego zdania), są ciekawe i zajmujące, lecz sposób ich wypowiadania pozostawia wiele do życzenia. Co więcej, postacie brzmią naturalnie, a niektóre z nich swą barwą głosu powalają - jak główny bohater. Zatem w czym rzecz? Otóż problem w tym, że nagrano w idealnych, studyjnych. Nie uświadczymy
tu dźwięków ulicy, kroków i emocji. Szkoda, bo rozmowy są kluczowym elementem każdego erpega.
W tym miejscu należy powiedzieć kilka słów o wykonanej przez Cenegę polskiej lokalizacji Deus Exa. Bunt Ludzkości, jaki podtytuł zyskała ta produkcja w Kraju nad Wisłą, doczekała się spolszczenia kinowego (napisy pod oryginalne dźwięki) na wszystkich platformach (PC, PS3, X360). I trzeba przyznać, że jest to praca przyzwoita. Poza podtytułem, który nijak nie ma się do historii gry, większość zdań przetłumaczono z sensem i uwagą.
Gra pozorów
Oprawa, animacje i zbyt czysty dźwięk to nie jedyne uchybienia. Kolejnym zgrzytem jest miasto. Między misjami kroczymy dumnie po wielkiej metropolii, która swym rozmachem imponuje. Wystarczą jednak minuty aby zorientować się, że to tak naprawdę tylko ułuda. Kilka przecznic, kluczowe lokacje znajdujące się od siebie w odległości przysłowiowego "rzutu beretem". Po raz kolejny odniosłem wrażenie, że stąpam po makiecie. To jednak da się wybaczyć - ot, nie wszystko dało się zrobić tak ogromnym jakby się chciało - lecz tego samego nie można powiedzieć o bossach.
Na końcu każdego etapu czeka na nas przeciwnik specjalny. Piekielnie wytrzymały nemezis z jakim staniemy zawsze wygląda imponująco i dysponuje on druzgoczącą siłą ognia. Brzmi super? Owszem, lecz tego potencjału nie wykorzystano. Walki z bossami sprowadzają się bowiem do nafaszerowania delikwenta ołowiem (głównie). Troszkę tego posunięcia nie rozumiem... Mogło być ciekawie - wyszło jak zawsze.
Warto się zbuntować?
Te kilka wpadek nie psuje pozytywnego wrażenia - jakie starałem się przekazać. Bo owszem, nie raz z świetnie budowanej immersji wyrywa wygląd danej miejscówki, a animacja przypomina, że nie mamy do czynienia z filmem tylko grą, lecz summa summarum złota rewolucja ludzkości wciąga. Wciąga niesamowitym klimatem, fabułą i chęcią rozwikłania postawionej przed nami intrygi. I choć zdarzają się potknięcia podczas jej rozgryzania, to finalnie jest pozycją, z jaką z całą stanowczością warto się zapoznać. Nie jest to może pozycja lepsza od oryginału, lecz do tego miana jest jej blisko. Bardzo blisko...
poprzednia strona