OK, bez przedłużaczy i niekończącego się wspominania
– Król wrócił. Król świata, Książę gier komputerowych, po czternastu latach oczekiwania zstąpił z tronu, by ponownie uratować naszą planetę przed najazdem obcych. Wypoczęty, mocno „dopakowany”, wciąż potrafiący trzymać broń rzucił: „Hail to the King, baby!” i czekał na pokłony. Nie zauważył tylko, że przez te wszystkie lata jego podwładni zmądrzeli, a korona – mocno zardzewiała. Także okulary przeciwsłoneczne straciły blask. Co w tej sytuacji powinien zrobić? Wycofać się. Co zrobił? Ruszył przed siebie, nieświadomie skazując swoją sławę i świetność na porażkę, bo nikt nie chciał pomóc mu ich utrzymać.
Panie i Panowie, zapraszam do lektury recenzji najbardziej spektakularnego niepowodzenia w historii gier komputerowych.
Damn, it’s late...
Chyba najprościej będzie zacząć od rzeczy, które powodują uśmiech na twarzy i sprawiają, że chce się grać. W Duke Nukem: Forever mamy jedną taką rzecz, mianowicie – HUMOR. Naprawdę potężne, potężne dawki tego specyfiku władował do Księcia Gearbox. Właściwie na każdym kroku, niezależnie od sytuacji czy lokacji czujemy, że twórcy postawili sobie za cel zabawę wytworzonym przez siebie światem.
Niech świadczy o tym cały początek, gdzie ironia i niejednoznaczna sugestia wylewają się przez ekran. Mamy zatem interaktywną tablicę, na której możemy różnymi kolorami narysować to, co nam się żywnie podoba (tak, to o czym myślicie też), załatwianie potrzeb w pisuarze (kontrolując „szybkość przepływu”) czy, przechadzając się po korytarzu swojej rezydencji z sielankową muzyczką w tle, oglądanie obrazów ze zwycięstwami i osiągnięciami Duke’a. Nie sposób wtedy choć na chwilę nie oderwać się od rozgrywki właściwej i parsknąć śmiechem. Nawet poziom zdrowia parodiuje sam siebie, nosząc nazwę Ego. To Ego możemy zwiększać, na przykład wychwalając swój wygląd w lustrze, znajdując TE pisemka lub przygotowując popcorn w mikrofalówce zwanej Nukerem.
Wszystko naturalnie zwieńczone legendarnymi tekstami Księcia. Bo któż inny widząc, jak dzielny wojak umiera na polu bitwy skwituje jego ostatnie słowa krótkim, bardzo dobitnym: „Zgaduję, że nie wystąpi w sequelu...”? Albo podejdzie i z otwartej dłoni uderzy potrójną pierś matki-kosmitki, śmiejąc się pod nosem?
Gearbox tak bardzo dążył do podtrzymania legendy Duke’a, że nawet jego skok polega na wystrzeleniu w górę ze zgiętymi kolanami i sztywnym kręgosłupem. Szkoda, że reszta opierająca się o staroświeckie rozwiązania nie wyszła tak dobrze... ale o tym za chwilę.
Teraz została
nam jeszcze sprawa cycków. No, mówię wprost, bo co tu ukrywać? Książę bez swoich dziewczynek to... to jak pół Księcia, nie? Ale już ta kwestia tak piękna nie jest. Na prawdziwe striptizerki natkniemy się tylko w jednym (de facto – najbardziej kolorowym) momencie gry i zostaniemy wówczas świadkami nieudolności Unreal Engine 3 w nieodpowiednich rękach, bowiem „walory” wszystkich pań są nieskomplikowane, sztywne i kanciaste.
Zaraz... po co w ogóle o tym napisałem? Nie wiem... chyba tak wypada? Albo... O!, będzie co wrzucić do plusów, ponieważ właśnie w tym momencie uroczyście się skończyły. Tak, tak, słyszę jęki zawodu, sam przez bitych kilka godzin gameplay`u wydawałem z siebie podobne, ale
let’s face it - Duke Nukem: Forever jest przypuszczalnie największym failem tego roku. Chyba że w tajemnicy ktoś planuje Rajd Polski 2.
Wszystko ma swój początek już w fabule. Wątek główny to nic innego jak prosty, sztampowy do bólu i znany wszystkim schemat. Ziemię znów atakują kosmici, Duke musi wyjść naprzeciw chorobie pięknej Ameryki, ratując ją przed problemem. Tak właśnie upływa nam rozgrywka – przebijamy się przez kolejne poziomy, cały czas prowadząc
wymianę ognia z najeźdźcami. Od czasu do czasu wpadamy na jakieś małe, niezauważalne wręcz (bo słabo wykonane) urozmaicenie i tak w kółko, aż do końcówki. No, trzeba oddać, że przynajmniej ta jest dość "filmowa".
następna strona
Niby gdyby się dłużej zastanowić – o taką właśnie prostotę w kontekście historii chodziło. Wiecie: „Wszystko takie w pierwotnym Duke’u! Nic nie możemy zmienić, bo nie oddamy ducha gry!”, ale bez przesady. Nawet perypetie przeżywane przez naszą rodzinkę w podstawce trzecich Simsów są głębsze.
Niestety, na tym nie koniec płaczu. Ba, potrwa on do ostatniej strony.
Wiecie, czasem jest tak, że potrafimy wybaczyć grze wiele grzeszków za solidną porcję dobrego gameplayu. Ale tu będzie inaczej, bo nawet gameplay jest słaby jak jasna cholera.
Może zacznijmy od samych lokacji. Nie zachwycają. Zostajemy wrzuceni do prostych pokoi i jak po sznurku jesteśmy prowadzeni do wyjścia. Czasem zdarzają się tzw. zagadki logiczne, ale jako że Duke raczej do pracy umysłowej się nie rwie – i te wykonano bez rozmachu, sprawiając, że ich rozwiązanie widać na pierwszy rzut oka. Potem zostaje tylko moment zręcznościowy.
Co najbardziej
uderza, to zauważalna starość silnika. Co chwila raczy nas ekran ładowania kolejnych małych lokacji, NIESAMOWICIE skutecznie niszcząc tempo rozgrywki i przez chwilę powodując nawet znudzenie. Daje się ono we znaki tak bardzo, że ostatnie minuty przechodziłem na siłę, byle do przodu, bez żadnej satysfakcji. Ale tu wina leży po stronie Gearboxu, ponieważ nie potrafili zoptymalizować swoich poziomów.
Druga część dotycząca silnika to grafika. Ludzie, trzymajcie mię, bo nie wstanę. Teraz mam w głowie wiele słów, ale użyję tego jednego – paskudztwo. Grając, powtarzałem sobie pod nosem: „To niemożliwe...”. Bo niemożliwym jest, że gra, w której wszystkie opcje ustawione zostają na „ultra”, wygląda jak wczesna alfa jakiegoś FPSa testowanego na Unreal Engine 3. To nie żarty. Wszędzie widać niedokładności, brak tu jakiegokolwiek przyłożenia się do szczegółów, nawet elementy właściwe otoczenia nie są w stu procentach porządnie oddane! Modele przenikają przez siebie ZA często, tekstury małej rozdzielczości i gdzie nie spojrzeć - porozciągane na wszystkie strony. Kto mi wytłumaczy, dlaczego produkcja z 2008, jaką jest Mass Effect, czy nawet Bioshock z 2007 wygląda lepiej od Duke Nukem: Forever, tytułu
made in 2011, mającego być legendarnym pod każdym kątem? Co gorsza, mimo wszystkich tych okropieństw, jakie przeżywają nasze
oczy, zdarzają się częste spadki płynności animacji! Od czasu do czasu gra sama z siebie „zamarza”, framerate ogólny rzadko kiedy dochodzi do 60FPSów, co przy takim wyglądzie jest istną kpiną.
Chyba mamy dobry przykład na stwierdzenie, że ambicje przerosły możliwości twórców. Poważnie, jeśli Wasz żołądek jest czuły na wygląd dzisiejszych gier – przy pocinaniu w Księcia zaopatrzcie się w foliową torebkę.
Eat shit and die
„Duke naprawdę jest taki zły? Serio...? A może chociaż rozgrywka daje radę?”. Formalnie można odpowiedzieć – tak, ale tylko pod jednym względem. Jest bardzo dynamiczna. Pomijając fakt, że dynamikę tę przerywają wspomniane już loadingi, nieczęsto dostajemy czas, by spokojnie eksplorować otoczenie w poszukiwaniu „Ego boostów”.
Boje toczyć będziemy z, jakżeby inaczej, kultowymi przeciwnikami. Pigcop, Octobrain czy Trooper staną nam zatem na drodze w pełnym rynsztunku. My natomiast naprzeciw im, dzierżąc Rippera, potężnego Shotguna bądź nieśmiertelnego Devastatora. Przy okazji pomogą nam też miotane bomby lub miny.
Jednak cóż z tego, skoro sama mechanika leży i kwiczy? Zdecydowanie twórcy znaleźli rozwiązania gdzieś na śmietniku i ciesząc się małymi kosztami, zaaplikowali je do gry. Wszystko tutaj sprowadza
się do prostego, tfu, PROSTACKIEGO strzelania we wrogów – czyli, swoją drogą, najwyżej jakichś dziesięciu modeli na krzyż. Wymiana ognia, choć spektakularna, jest nudna jak flaki z olejem. Amunicji rzadko brakuje, krew również ciężko z Księcia upływa. Jakieś urozmaicenie stanowią wprawdzie mini-bossowie, ale i tak całość zostaje sprowadzona do jednego – władowania w nich takiej ilości amunicji, aż rozpadną się na części. Bossów właściwych, czyli wielkie, przerośnięte monstra kładziemy podobnie, z tą różnicą, że po wyczerpaniu ich paska zdrowia czeka nas jeszcze krótki, prosty QTE, przeznaczony raczej dla kogoś z refleksem dziewięćdziesięciolatka.
poprzednia stronanastępna strona
I to w Duke’u najgorsze. Każda potyczka wygląda identycznie, każda jest identycznie idiotyczna, niepostępowa, każda następna daje coraz mniej satysfakcji. Twórcy próbują ratować sytuację wciskając nam gadżety typu Piwo zwiększające odporność na obrażenia czy Sterydy, dające chwilową „pół-nieśmiertelność” i czyniące z Księcia maszynę do zabijania pięściami, ale to nic nie zmienia.
Jedynymi de facto urozmaiceniami są dwa elementy. Kiedy prowadzimy monster trucka Duke’a i kiedy zostajemy zmniejszeni przez tajemniczą roślinę, zazwyczaj „wyrastającą” pod naszymi stopami.
W przypadku pierwszym wsiadamy za kierownicę i ruszamy. O modelu jazdy nie ma tu mowy. To jak poruszanie
bohaterem w dziesięciokrotnie szybszym tempie. Monster truck może użyć dopalacza, a wszystkie poziomy z nim w roli głównej prowadzone są wśród okropnie wykonanych, pustych otwartych przestrzeni. W kulminacyjnych punktach takich leveli całe paliwo magicznie wyparowuje i by je zdobyć, musimy, tak dla „urozmaicenia”, przebić się przez hordy przeciwników.
Ogółem nie wiem kto wpadł na tak felerny pomysł. Przecież czas, który został poświęcony na jego kreowanie, mógł posłużyć tylu dobrym sprawom: dopracowaniu grafiki, mechaniki, piersi? Ale upartemu nie powiesz, tym bardziej grupie upartych.
Całe szczęście – idea „małego Księcia” wyszła lepiej. To znaczy – poziomy z nią związane. Oprócz tego, że często staniemy do walki z równymi rozmiarem szczurami czy wówczas olbrzymimi przeciwnikami normalnych gabarytów, czekają nas jeszcze „przerywniki” czysto zręcznościowe. Podróży po półkach kuchni w Duke Burgerze, by uratować kelnerkę otoczoną przez wodę pod napięciem długo nie zapomnę.
Ale jeden udany pomysł całej gry nie zmieni. Mówiąc sobie wprost - konstrukcja Duke Nukem: Forever jest tak prosta, że wszystkie urozmaicenia z biegiem czasu stają się nudne i powtarzalne. Po prostu przestajemy czerpać przyjemność z rozgrywki, a to w przypadku gry wideo stanowi niewybaczalny grzech.
Jeśli szukacie porządnego FPSa z porządną grafiką i porządną mechaniką, który NAPRAWDĘ jest ponadczasowy i nikt nie sugeruje, że można by zepsuć jego legendę kontynuacją – proponuję Half-Life 2.
Come get some
Chyba dopełnieniem okropieństwa dla oczu i palców będzie okropieństwo dla uszu. OK, tutaj już nie jest tak źle, co nie znaczy, że jest dobrze. Muzyka skomponowana jakby „na szybko”, często utwory się powtarzają. Choć podobnie jak w innych grach melodia zmienia się w zależności od sytuacji, tu wszystkiemu brakuje po prostu jakiejś iskry, czegoś, co uczyniłoby soundtrack atrakcyjnym, „zlewającym się”, a nawet dopełniającym rozgrywkę. Czy może właśnie po jej stronie leży wina? Tak nieciekawa, że skupiamy się na muzyce? Możliwe.
W każdym razie – ścieżka dźwiękowa... nich będzie. Bez zachwytu, ale też bez przesadnego zawodu.
I właściwie ostatnim, co pozostało, jest multiplayer. Ech, nawet trudno wydusić słowo. No dobra, jedynym elementem godnym uwagi w tym przypadku jest przywrócenie do łask lokacji z Duke Nukem 3D. Jeśli mieliście zamiar powspominać stare, dobre uliczki Los Angeles jednocześnie nie czekając na Duke Nukem: Reloaded, teraz macie okazję. Wprawdzie całość wygląda gorzej
niż zwiastuny amatorskiego remasteru, ale wspomnień nic nie skrzywdzi.
Multi w nowym Duke’u został stworzony typowo do rozerwania się podczas przerwy w pracy. Mamy kilka podstawowych trybów, bronie, przeciwników wyglądających identycznie (wszyscy to Djuki) i levelowanie. Każdy poziom wyżej odblokowuje w trybie My Digs, czyli możliwości przejścia się po posiadłości Duke’a, nowe „elementy wystroju” właśnie do niej. Są to m. in. olbrzymia rzeźba Duke’a dźwigającego świat, różne małe dodatki czy interaktywne „dziewczynki” Księcia. I to w zasadzie wszystko. Na odczepnego, bez pomysłu, bez rozmachu, blade i niewyraźne. Nie tak miało wyjść...
poprzednia stronanastępna strona
Hail to the King?
Kampania marketingowa była monstrualna. Nadzieje po czternastu latach także. Mieliśmy dostać potężny powrót potężnego króla, dostaliśmy coś gorszego niż przeciętny FPS. Duke Nukem: Forever sprawia wrażenie robionego na kolanie. Jest niedokładny, nieprzemyślany, wykorzystuje pomysły z pierwszej ręki i nie wyróżnia się niczym spośród tłumu innych gier. OK, miał legendę. Jak mur stała za nim ponadczasowość, historia, świetność, ale Gearbox dokonał niezwykle spektakularnego zabójstwa wszystkich tych pięknych atutów.
W tej grze nic nie jest zrobione na poważnie. Każdy aspekt sprawia wrażenie zaczętego i nie skończonego. Aż zastanawiam się ile
tak naprawdę tworzono tego Duke’a? Może powstał już jakieś siedem lat temu i teraz został tylko lekko odkurzony? Bo naprawdę do takich właśnie wniosków można dojść.
Zawiodłem się straszliwie na Księciu, zawiodłem się straszliwie na Gearboxie. Nie chcę już tutaj wylewać swoich żali, jednak czuję się usprawiedliwiony. Przez lata przygotowywałem sobie poduszkę pod głowę, by oddać pokłon Królowi. Teraz mogę ją podrzeć i rzucić mu prosto w twarz, bo żadnego pokłonu nie będzie.
Proszę Państwa, Duke Nukem: Forever.
poprzednia strona