Nigdy nie sądziłem, że dane mi będzie recenzowanie gry, na której
pudełku dumnie widnieć będzie śliczniutkie logo Gejma. Cóż, myliłem się. W ręce me wpadł tytuł, z jakim przeżyłem kilka godzin świetnej, miłej i odprężającej rozgrywki, okraszonej niezłym humor i przyjemnymi dialogami. Jolly Rover jest wszystkim tym, czego nie zobaczymy w dzisiejszym świecie. Iście baśniową opowieścią, mającą w sobie kroplę tragedii, ale i sukcesu oraz porażki. Mieszanka uczuć towarzysząca graczu podczas zabawy z omawianym tytułem jest niezastąpiona. Co więcej, nie jest to wysokobudżetowy tytuł stworzony przez gigantyczną firmę, pompującą kolejne studolarówki w huczny marketing i reklamy telewizyjne. O, nie.
„Nazywam się Rover. James Rover. Jestem istotą, będącą potomkiem genialnego klauna Jamesa Rovera, zwanego potocznie Jollym. Ojciec był wielkim człowiekiem. Gdy tylko wieść o jego występie obiegła miasto, ludność przerywała dotychczasowe zajęcia, udawała się do łaźni po czym przychodziła na kolejny niesamowity pokaz iluzji w jego wykonaniu. Był nieziemski. Pech chciał, iż najbardziej oczekiwane, ćwiczone i dopieszczane przezeń przedstawienie zakończyło się tragedią. Coś poszło nie tak, przez co świętej pamięci Jolly ugodzony został w krocze, skutkujące natychmiastowym zgonem… Chcę być taki jak on. Dokonam tego.”
Powyższe wypowiedzenie jest początkiem wielkiej przygody głównego bohatera, będącego zarazem naszym protegowanym – Jamesa. Młody, szczupły przedstawiciel psiego gatunku po śmierci ojca przygarnięty został pod ogon swojego wuja. Pewnego dnia, podczas codziennych ćwiczeń żonglerki piłeczkami omyłkowo zmieszał ze sobą rum i tytoń, tworząc substancję alkoholową nazwaną z szacunku i podziwu dla ojca – Jolly Rover. Tak, problemy z nazewnictwem są nad wyraz widoczne. A może to celowy zabieg programistów ze studia Brawsome? Kompletnie nie rozumiem takiego a nie innego zachowania twórców względem nazywania postaci i przedmiotów z nimi związanymi. Tak czy inaczej, kochany wujcio wykorzystał nadarzającą się okazję i zarobił krocie na odkryciu bratanka, rzucając mu nędzne ochłapy w postaci kilku srebrników, które są główną (zaraz obok krakersów) walutą w omawianej produkcji. Co dalej? Gubernator wyspy, na której znajduje się nasze domostwo oraz duża ilość połaci ziemi - Guy de Silver – składa zamówienie na znaczącą ilość trunku opłacając znaczącą zaliczkę. Bohater opętany marzeniem o własnym cyrku traci ostatnią gotówkę na wynajęcie łodzi wraz z załogą w celu przetransportowania wódy we wskazane przez klienta miejsce. Niestety jak to w grach bywa, statek zostaje zaatakowany przez piratów, zaś bohater pojmany i tu wkraczamy my!
Jolly Rover jest klasyczną przygotówką point & click. Niczym nie wyróżnia się z kanonu gatunki, niczego
nowatorskiego nie wnosi – odgrzewany kotlet? Oczywiście, że nie! Jest to bodaj jedna z najlepszych gier w swojej kategorii mogąca konkurować z takimi hitami jak Machinarium czy Neverhood. Do zabawy wystarczy nam tylko gryzoń, którym ruszymy protagonistą i zbierzemy przedmioty napotkane podczas naszej tułaczki. Istnieje również możliwość wykorzystania spacji, po której przytrzymaniu podświetlą nam się wszystkie rzeczy, jakie pominęliśmy bądź zapomnieliśmy zebrać. No właśnie. Gra opiera się na wykorzystywaniu znalezionych fantów do przechodzenia łamigłówek, które w Jolly Rover są naprawdę często napotykanym elementem rozgrywki. Nasuwa się pytanie, czy mamy do czynienia z wadą, czy może mechanizmem wymuszającym od gracza wytężenia szarych komórek w celu znalezienia rozwiązania? Naprawdę ciężko odpowiedzieć na to pytanie. Łamigłówki w omawianym produkcie są banalne! Obawiam się, że wyzwaniem nie będą ani dla casualowych seniorów, ani dla małych dzieci dorastających do użytku komputerowego. Mocno zaniżony poziom trudności nie przyćmiewa blasku wykonania tychże zagadek. Są pomysłowe, wciągające i urzekają przystępnością.
Jeśli jednak znajdzie się osoba (choć jest to mocno wątpliwe), która potrzebować będzie pomocy, otrzyma ją od uroczej papugi, będącej naszym wiernym towarzyszem praktycznie od początku przygody. Jest jednak pewien szkopuł ograniczający przydatność przyjaciela. Pierwsza podpowiedź będzie mocno niejasna, nierzadko w ogóle nieprzydatna. Druga
okaże się bardziej pomocna jednak za nią zwierzę otrzymać zechce krakersa. W gruncie rzeczy nie warto płacić, gdyż utracimy przy tym liczbę punktów otrzymywaną za zakończenie każdego poziomu. Samą punktację nabijamy poprzez odnajdywanie ukrytych krakersów i srebrników oraz licznych bonusów poukrywanych w przeróżnych lokacjach, których w omawianym tytule jest ponad sześćdziesiąt! Warto pokusić się o nie, albowiem za dobrniecie do odpowiedniej sumy punktów dostaniemy nagrodę w postaci odblokowania biografii postaci niezależnej czy melodyjek.
następna strona
Naprawdę unikatowym mechanizmem w dzisiejszych grach a zaimplementowanym w Jolly Rover są zaklęcia. Nie, nie takie zwykłe, oklepane. VooDoo! Czarowanie voodoo odbywa się tutaj poprzez wyczytanie w księdze, domyślenie się ruchów małpki na kotle. Wbrew pozorom wszystko jest tutaj uproszczone przez co pozostaje pewien niedosyt. Niemniej efekty magii kukiełkowych laleczek są naprawdę zabawne i nie rzadko przysporzą nas o lekki uśmiech na przemęczonej twarzy. Graliście kiedyś w „Przygody Reksia”? Jeśli tak, to wiecie o co chodzi.
Twórcy omawiany produkt reklamowali jako duchowego następcę świetnej serii gier wydanej na świat dzięki Lucas Arts – Monkey Island. Mieli rację. Nie tyle jeśli chodzi o klimat, ale o podobieństwa lokacji. Bywa tak, że niektóre poziomy odwiedzane w Jolly Rover są do złudzenia podobne jak
te, eksplorowane w MI. Dziwne to, dziwne.
Jak prezentuje się wersja techniczna Jolly Rover? Wizualnie jest naprawdę przyzwoicie. Nie ujrzymy widoków, po których najdą nas ostre wodotryski , jednak nikt tego nie oczekiwał po grze praktycznie z nikąd. Świat przedstawiony został przez twórców w 2D co oznacza, że gra nie wchodzi w dzisiejsze podstawy. Mamy więc dwuwymiarowych bohaterów, za którym plecami są dwuwymiarowe tła. Ogół map wykonany jest iście kredkowo, oferując ładne, kolorowe tła oraz interesujący wygląd protagonisty i postaci niezależnych. Otóż wszyscy, których napotkamy w grze wliczając w to Jamesa Rovera są odmianą psów niczym nie różniących się od człowieka. Poruszają się za pomocą dwóch nóg, walczą szpadą, zakładają na tors różne odzienie, a na głowach noszą kapelusze, opaski i inne pochodne. Wypada pogratulować twórcom tak niecodziennej charakterystyki świata przedstawionego, który bez problemu ląduje na najwyższej półce z otoczeniem zaprezentowanych choćby w Psychonauts.
Jeśli wsłuchamy się w dźwięki otoczenia odniesiemy wrażenie, że są zwykłe. Tak, zwykłe. Jest to jedyny aspekt Jolly Rover, o którym nie wiem co napisać. Wszystko jest takie jak być powinno, niemniej po raz kolejny czuć, iż nie jest to gra tworzona przez ludzi z ogromnym budżetem. Głosy postaci stoją
na dobrym poziomie, jaki nijak nie może konkurować z dzisiejszymi hitami, dźwięki wajch, klap, drzwi są naturalne i jednocześnie takie jak być powinny, zaś muzyka towarzysząca nam podczas rozgrywki jest zaczerpnięta wprost z kanonu przygodówek, przez co wiele razy usłyszymy fikuśne melodyjki . Warto jednak zaznaczyć, iż gra została w pełni zlokalizowana co skutkuje polskim dubbingiem trzymającym poziom. Wszystko jednak idealnie wkomponowało się w świat wykreowany przez ekipę z firmy Brawsome.
Jak to niestety przeważnie jest, muszę trochę ponarzekać. Największą bolączką omawianego produktu jest czas jaki zajmuje ukończenie wątku fabularnego. Pięć godzin samo w sobie nie jest niczym tragicznym (patrz Medal of Honor), jednak brak jakiejkolwiek zachęty do powtórnego odwiedzenia świata Jolly Rover zabiją grę zaraz po jednym przejściu. O ile MoH zachęcał trybem sieciowym, tak tutaj nie mamy w zasadzie nic do roboty. Owszem – możemy powtórnie ukończyć dany level w celu uzyskania wyższej noty końcowej, ale jest to całkowicie opcjonalne i do niczego nie przydatne. Denerwuje również fakt, iż nie ma nawet jednego slotu na zapis przygody, przez co wyłączenie gry w połowie misji równoznaczne jest z utratą stanu rozgrywki przez co czeka nas powtórka z rozgrywki. Niemniej powyższej wpadki są niczym przy zbyt niskim poziomie trudności.
Panowie, co chcieliście zdziałać tworząc tak łatwą grę? Jeśli jest za prosto, brakuje emocji. Jeśli brakuje emocji, po jakimś czasie wkrada się nuda, która może okazać się zabójcza dla omawianego produktu. Ja akurat obyłem się bez tego typu niespodzianki, jednak wiem z opowieści, że niektórzy nie kończyli wątku fabularnego z prostego powodu – znudzili się.
poprzednia stronanastępna strona
Reasumując? Jolly Rover to naprawdę dobry tytuł, który mogę polecić każdemu bez względu na wiek. Małe dzieciaki przeżywające ciekawą opowieść? Jasne! Przeciętny trzydziestolatek chcący od stresować się po sesji w Killzone? Czemu nie! Grze brakuje do ideału, aczkolwiek na pewnie niedogodności da się przymknąć oko, gdyż w praktyce nie irytują. Gromkie brawa dla Australijczyków. Słodziutkie doświadczenie i rewelacyjny przykład tego, że gatunek point & click nieźle się trzyma.
poprzednia strona