frame
zarejestruj
Miodny.PL Logo























Nie masz uprawnień redakcyjnych!

Dlaczego nasze serwisy wykorzystuja pliki cookies?
Uzywamy w celach statystycznych, reklamowych oraz autoryzacyjnych. Zawsze mozesz zastrzec cookies w swojej przegladarce. Jesli nie to pamietaj, ze m.in. nasza strona korzysta z tej technologii...


recenzja
Data: 2011-02-27, autor: Gigsav, dotyczy: PC

Bulletstorm


Koniec z tym! Pokażemy światu, że nie
||
bulletstorm
||
jesteśmy beztalenciami! Że nie tylko po Wiedźminie można nas rozpoznać! Stworzymy grę innowacyjną, wspaniałą, tchniemy nowe życie w zapomniane klasyczne FPSy! Stworzymy brutalnego, epickiego Bulletstorma! – wpajał Adrian Chmielarz ekipie People Can Fly, siedzącej w zamyśleniu. I oni kiwali głowami, jeden przez drugiego. A słowo grą się stało.

Nazywam się Grayson Hunt. W szkołach uczą, co robić, żeby nie skończyć jak ja.


Bulletstorm to kolejne podejście coraz bardziej śmiałych Polaków do zrobienia porządnej gry. I nie myślcie, że mówię to w sposób prześmiewczy. Tak po prostu jest. Wokół dzieła People Can Fly rozciągnięto potężną kampanię marketingową, reklamującą, jak świetna gra nie będzie. Kiedy weszła w fazę gold, doczekaliśmy się Duty Calls, czyli małej, prześmiewczej przygody, „opisującej” jak nudne i „wyjeżdżone” są wszystkie wydawane w dzisiejszych czasach strzelanki pierwszoosobowe. Czy Bulletstorm coś zmienił? Przekonajmy się.

Scenariusz przygód Graysona Hunta (nazywanego Grayem) to jedna wielka sztampa i znane wszystkim, „amerykańskie” schematy. Jednak tylko zagorzali fani RPG po tych słowach odrzucą grę rodzimych twórców. Jej siły wcale nie stanowi bowiem historia, która schodzi na dalszy plan i gdzieś tam sobie jest (jednak do tego za chwilę wrócimy).
A z czym mamy do czynienia tym razem? Bandą kosmicznych pijaków pragnących zemsty. Gray, wraz ze swoją ekipą, w oddziale o dźwięcznej nazwie Dead Echo robi dla niejakiego generała Sarrano. Wyjątkowo wulgarny typ, trzeba dodać. Służą mu wiernie jako najemnicy aż do dnia, kiedy okazuje się, iż byli zwyczajnie wykorzystywani. Zabijali niewinnych, by bronić swojego zakłamanego zwierzchnika, a nie, jak im mówiono, dobro całej planety.

Niestety generał jest zbyt potężny, żeby tak po prostu pójść, wyżalić się i go zabić, dlatego Hunt, z zamiarem pijackiej zemsty w głowie, zbiera swoją ekipę i rozpoczyna życie kosmicznego pirata. Niedługo potem nadarza się okazja, by, oczywiście poprzez poświęcenie, dokonać aktu zemsty na znienawidzonym generale, atakując jego olbrzymi statek. Plan udaje się w pięćdziesięciu procentach, ponieważ zarówno olbrzymi frachtowiec Sarrano, jak i malutki niszczyciel Graya – rozbijają się na pobliskiej planecie, Stygii.
W ten właśnie sposób Hunt, mając do pomocy swojego cyborga-przyjaciela Ishi’ego Sato, przemierza niegościnne tereny, by finalnie pozbyć się swojego największego wroga.
Znane i lubiane, prawda? Jednak bez obaw, gdyż, jak mówiłem, fabuła stanowi tutaj tylko „coś obok”, trzyma jakiś porządek wydarzeń i karmi nas oczywistymi zwrotami akcji. W tej kwestii Adrian Chmielarz ze swoją ekipą poszli w oczywistość. Jak jest dalej? Na szczęście – o wiele mniej oczywiście...

Za samą planetę, na której lądujemy, twórcom należy się soczysty buziak. Stygia jest po prostu piękna. Co chwila nasze oko cieszy dość charakterystyczna dla Borderlands, a jednak odrębna stylistyka – kolory wyciekają zewsząd, jeśli tak ma być, orzeźwienie uderza przez monitor w twarz, jeśli tak ma być. Przemierzymy górzyste i piaszczyste tereny, poślizgamy się wśród gruzów upadającego wieżowca, weźmiemy udział w potyczkach na skraju zjawiskowego wodospadu. A wszystko to „ciągnięte” przez Unreal Engine 3. Już nigdy więcej nie stracę wiary w ten silnik.

Niestety, by do takich pochwał doszło, musiałem uzbroić się w nie lada cierpliwość, bowiem dotknęły mnie błędy zatruwające grę. Cieszyć się pełnią detali mogłem dopiero dłuuugo po zainstalowaniu Bulletstorma, co nie świadczy dobrze o stronie technicznej rodzimego dzieła. Poręczyć za mnie mogą stosy komentarzy na forum twórców gry.
Cóż, droga do pełni szczęścia czasem okupiona jest połamanym ze złości padem, taki żywot gracza. I choć nękający mnie problem nie został jeszcze rozwiązany oficjalnie (zrobi to pewnie patch), dzięki „prowizorycznym” metodom mogę cieszyć się Bulletstormem w pełnej krasie.


następna strona


Samą rozgrywkę wypada opisać tylko jednym określeniem, wyrażającym tysiąc słów, a od dziś będącym wyznacznikiem hardcore’u – Bulletstorm.
Pierwsze kroki w ciężkich butach Graya (swoją drogą – łudząco podobnego do jednego z bohaterów Gears of War) od razu dały mi do zrozumienia, że tu nie będzie czasu na zbędne dłużyzny czy walkę o miłość. Tu będzie czas na chwycenie w biegu butelki szkockiej, bluzgi i zabijanie, a wszystko to w dość tropikalnej atmosferze. Właśnie tym cechuje się Bulletstorm i tutaj śmiała kampania reklamowa spełnia obietnicę. Mamy po prostu odskocznię od schematów, niesamowitą dynamikę oraz mnóstwo kul.

Ale ściślej o rozgrywce. Członkowie People Can Fly pomyśleli chwilę i doszli do zaskakującego wniosku. Jako że wyróżniają się cenionym na całym świecie Painkillerem (oraz konwersją GoW na PC), czemu nie pójść właśnie w tę stronę? Jeśli ich zdaniem nowe FPSy cechują się przede wszystkim emocjonalnym spojrzeniem na temat, głębokimi bohaterami, honorem i skryptami – czemu nie zrobić wszystkim na przekór, pozostając na starych, sprawdzonych ziemiach, tworząc klasycznego, rasowego, krwawego FPSa, skupiającego się tylko na zabijaniu, ale w mniej klasycznej formie? O to chodzi!
I o to chodzi w Bulletstormie. Klasyczne nawalanie w nieklasycznej formie.
Stygię przemierzamy po sznurku. Gdzie ma być skrypt – tam skrypt jest. Gdzie mamy zmienić kierunek – tam zmieniamy kierunek nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności. Jednak liniowość gry nie powinna dziwić, nie dziwi, a nawet więcej – cieszy. Dlaczego? Ponieważ im więcej superstrzałów, tym lepiej...

Bulletstorm, jak na klasyczną strzelankę przystało, cechuje się niesamowitą brutalnością, lecz w zaskakującej formie. Bo Stygia, choć piękna, to jednak przesycona monstrami, odmieńcami i walczącymi ze sobą gangami tubylców. A nasi bohaterowie, by dotrzeć do znienawidzonego generała Sarrano, muszą wszystkie złe zakamarki tej planety, mówiąc odpowiednio, wyrżnąć w pień. Tu w zasadzie przechodzimy do sedna. Kill with skill. Skill=skillshots, czyli, jak dźwięcznie przetłumaczono na nasz język, superstrzały. Cel ich istnienia jest jeden. Urozmaicić proste i morderczo monotonne zabijanie wrogów do tego stopnia, że grę odpalić będziemy chcieli podczas każdej wolnej minuty. Nie wspominając już nawet o śmiesznej informacji, iż cały system został uzasadniony fabularnie.

Formalnie do naszej dyspozycji oddano cztery rodzaje ofensywy – kopniak butem antygrawitacyjnym, chwyt smyczą, wślizg i broń palną. Wszystkie zabawki służące do siania zagłady tak naprawdę służą do, oprócz efektywnej i efektownej pracy, napełniania licznika punktów superstrzałów. Każdy sposób zabójstwa – strzał w głowę, kopnięcie na bardzo ostrego kaktusa, przyciągnięcie i rozczłonkowanie przeciwnika etc. – jest premiowane odpowiednią ilością punktów za superstrzały i nosi odrębną nazwę.
Jak się bawić, to na całość. Niszczenie kolejnych napotykanych hord przeciwników jest istnym rajem dla gracza-sadysty. Pomijając charakterystyczną smycz czy antygrawitacyjnego kopa, właściwie tylko wspomagające eksterminację, każdy z sześciu rodzajów broni robi naprawdę spore wrażenie. Rozpoczynamy z karabinem w ręku, kończymy z potężną wyrzutnią wierteł, przez pistolet, strzelbę czy karabin snajperski ze zdalnie sterowanymi nabojami przechodząc. Dodatkowo zabawę podsycają dopalacze, czyli alternatywne tryby ognia dla każdej pukawki, które, wraz z amunicją, możemy zakupić w porozrzucanych po całej grze zasobnikach, wydając tam punkty za zgromadzone superstrzały.

I tu właściwie zabawa się rozpoczyna. Łączymy ataki ze sobą, wykorzystujemy elementy otoczenia i własne umiejętności do „wyczesania” niepowtarzalnych, niepowtarzalnie śmiercionośnych kombinacji. Potężny alternatywny strzał każdej broni może zbezcześcić kilku przeciwników. Mając odpowiednie ustawienie, wymyślony w biegu pomysł wraz z taktyką i szybką rękę – Bulletstorm sprawi nam więcej zabawy, niż problemów, a punkty spływać będą strumieniami. Głupie? Nie. Proste i monotonne? W pewnym sensie.

„Na ch*j do mnie dzwonicie, pacany je*ane?!”


Choć superstrzałów mamy naprawdę dużo (ponad sto) i pozwalają na naprawdę niesamowitą, cieszącą oko, a zarazem cholernie efektywną rozróbę, w końcu zauważamy schemat. W końcu zauważamy, że każdy nowy rodzaj broni odblokowujemy tylko po to, by „odhaczyć” jak najwięcej przypisanych do niego superstrzałów, a potem i tak wracamy do opracowanych taktyk i schematów na danych przeciwników. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by pobawić się freestyle’owo, ale wtedy zazwyczaj szybko wąchamy kwiatki od spodu. Chociaż przyznam bez bicia, iż grę od razu odpaliłem na trudnym, gdzie potrafi sprawić kilka problemów. Jednocześnie nie tyle, ile po polskich twórcach się spodziewałem, ale moje sadystyczno-masochistyczne pragnienie toczenia krwawej zemsty w wyjątkowo niekomfortowych warunkach pewnie gwarantuje bardzo trudny (nadchodzę).


poprzednia stronanastępna strona


Powiedziałem o tych superstrzałach tyle złego, że może się wręcz wydawać, iż Bulletstorm jest w końcu, mimo usilnych starań People Can Fly, monotonną strzelaniną. Jednak nie, niech Was nie zmyli słowo pisane! Bardziej prawdziwy okazuje się fakt, że możemy zniwelować słowa: „schematyczność” generowane przez mózg, a pozwolić sobie na pierwszoklasową rozrywkę. Tym bardziej, że przygody Hunta to nie CIĄGŁE strzelanie do wszelkiego żywego stworzenia, choć całość klei się premii za superstrzały tak mocno, iż nie sposób się od nich oderwać. Niech przykładem będą sytuacje, kiedy gra nagradza nas za spojrzenie w stronę oskryptowanej akcji (nawet do pięciuset punktów). Ale kto o to dba?! Przynajmniej skrypty są tego warte! I równie dobrze, jeśli nie podobają nam się punkty za wszystko, możemy na całość machnąć ręką.

Oczywiście nie brak urozmaiceń. W trakcie naszej pijackiej przygody pokierujemy ogromnym i potężnym dinozaurem-mechiem, Wajchobijem P. Trzęsipałą, zawalczymy z big-bad rośliną czy przeżyjemy atak gigantycznego monstrum na miasto. Bo o ile „standardowa eksterminacja” za pomocą smyczy, kopniaków i kul potrafi zrobić miłe wrażenie, karmiąc nas uczuciem odmienności, tak potyczki z gargantuicznymi bossami, okraszone setkami wybuchów, efektów cząsteczkowych czy ironicznych komentarzy bohaterów, a przy okazji wyglądające naprawdę fenomenalnie – powodują opad szczęki prosto na podłogę.
Dodatkowo zabawę podsyca nagradzanie takich małych znalezisk jak inforoboty czekające na zniszczenie czy wypicie odszukanej butelki z alkoholem (i zabijanie pod jego wpływem). Bulletstorm korzysta z GfWL (z którym nie miałem żadnych problemów), możemy więc liczyć na małe, nieprzydatne, ale dające satysfakcję achievementy.

Przy tym wszystkim należy wspomnieć, iż dzieło People Can Fly zostało naprawdę świetnie zoptymalizowane, wymagania minimalne nie są w żadnym stopniu przekłamane, więc gra może cieszyć nawet wyjadaczy z kilkuletnim sprzętem.

Co jednak wyróżnia się spośród wszystkich punktów podróży Graya, to naprawdę chamski, niepoprawny politycznie i kulturowo duch naszych bohaterów, a przynajmniej samego Hunta. Gra obfituje w mnóstwo dowcipów, które pewnie nieraz opowiemy znajomym na imprezie (bo gdzie indziej nie wypada), a także uczy tylu synonimów do angielskich „fucków” czy słowa „penis”, że czasem aż dziwimy się wyobraźni tłumaczy. Oczywiście – wszystko na ich korzyść, bowiem Polacy pokazali, jak powinno się przekładać filmy chociażby Tarantino. Zawsze jest bezpośrednio, zawsze jest chamsko. Momentami jest bardzo wulgarnie (bardzo, bardzo, bardzo...), momentami uśmiech nie znika z naszych twarzy, momentami to Azjaci stają się przeciwnikami ludzkości i w ich kierunku szybują poszczególne wiązanki. Wszystko jednak zrównoważone, idealnie wpasowane w nasze czasy. I nie, rozwiewając powszechny stereotyp, mimo wszystko Hunt w żadnym stopniu nie jest podobny do Księcia.

Jeśli podczas czytania powyższych pochwał dziwicie się, dlaczego mówię o „fuckach” – już uświadamiam. Bulletstorm pojawił się w naszym kraju tylko z lokalizacją kinową. Bez obaw jednak! Bardziej trafnego posunięcia nie można było bowiem zastosować. Ironicznej, chamskiej, pijackiej barwy głosu Hunta nie mógłby chyba zastąpić żaden polski aktor, a znając jeszcze poziom i zaangażowanie, z jakim odgrywają chociażby wrogów, w porównaniu z wersją angielską – kamień wręcz z serca spada.

Jak wspomniałem na początku – Bulletstorm to gra o bardzo wysokim stopniu przyciągania. Dlatego pewnie nie zdziwi Was fakt, że często weźmie nas chętka na powrócenie do polskiej produkcji (za co oczywiście gromkie brawa). Co tutaj stanowi magnes? Cóż, pewnie wspominana już wielokrotnie możliwość szerzenia „kolorowej”, przepełnionej krwią rozróby. To właśnie o nią opiera się wątek główny, ale też tryb Ech i multiplayerowa Anarchia. W tym pierwszym, który możemy „zaliczać” także w singlu, po prostu powtarzamy etapy znane z kampanii dla pojedynczego gracza.
Uzyskując daną ilość punktów pod koniec – uzyskujemy daną ilość gwiazdek, które potem odblokowują kolejne poziomy. Jednak tak naprawdę dopiero w Anarchii gra pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Wraz z trzema innymi graczami zostajemy wrzuceni na jedną arenę, gdzie walczymy o przetrwanie. Nic nas nie obchodzi, że nawet nie znamy swoich kolegów. Liczy się tylko wynik, pozwalający potem na starcia w innym otoczeniu. Dodatkowo odblokowane zostają nowe rodzaje ubioru naszego protagonisty, więc jest to jeszcze jeden smaczek i zachęta, by zagrać.


poprzednia stronanastępna strona


Wracając do „żywotności” tytułu – Bulletstorma nie wyrzucę z dysku jeszcze długi czas. Będę go odpalał mając depresję, ciesząc się z nowego dnia, żeby pokazać znajomym przy paczce Lay’sów. Dlaczego? Bo kurna, to po prostu tak wciąga!

Bóg umarł...


Polacy zaskakują... raz jeszcze. Mamy Painkillera, mamy Wiedźmina, mamy CoJa, teraz mamy i Bulletstorma. Zaczynamy coś na rynku znaczyć - średnia ocen najnowszej rodzimej produkcji oscyluje w okolicach 85%, Game Informer nagrodził go notą 9,3, co bardzo cieszy i robi nadzieje na drugą część (pośrednio już zapowiedzianą przez twórców).
Bulletstorm, choć potrafi stać się monotonny, posiada jednak nieprawdopodobną siłę przyciągania, działającą tak długo, aż naprawdę poznamy całą grę na wylot. Piękny świat onieśmiela, voice acting „rozwala”, gameplay „miażdży”. Czego chcieć więcej?


poprzednia strona


+ Rozróba zaserwowana w fenomenalnej, nienudzącej postaci!

+ Świetny sposób prowadzenia rozgrywki, podsycany i kolorowany przez komentarze bohaterów

+ Przepiękny świat, przepiękna oprawa wizualna, świetna optymalizacja

+ Kilka trybów rozgrywki - duża "żywotność"

10 na 10 0.5
- Jednak potrafi stać się schematyczna...




Ogólnie:     85%

Zalety Wady
Rozróba zaserwowana w fenomenalnej, nienudzącej postaci!
Świetny sposób prowadzenia rozgrywki, podsycany i kolorowany przez komentarze bohaterów
Przepiękny świat, przepiękna oprawa wizualna, świetna optymalizacja
Kilka trybów rozgrywki - duża "żywotność"
Jednak potrafi stać się schematyczna...
Dotyczy wersji:
PC

Autor:

Gigsav


 

||
Video 1482
||

Whip, Kick, BOOM Bulletstorm Trailer

||
Video 1478
||

Bulletpoints with Cliffy B

||
Video 1446
||

New gameplay footage PS3




Pora na Wasze komentarze:


||
melixsa2011-06-20 o godzinie 08:20:38, melixsa napisał(a):
Zgadzam się z Bandim. Taka drobnostka, a potrafi popsuć zabawę. Gra mnie jeszcze nie zachwyciła, ale zobaczymy co będzie po 3 akcie :)
||

||
Bandi2011-03-03 o godzinie 22:28:45, Bandi napisał(a):
Tak muzyka to według mnie też tło i po prostu musi pasować. Jeśli tak nie jest to zwraca się na to uwagę i Gigsav to zrobił przy okazji NFS Hot Pursuit jak dobrze pamiętam
||

||
Gigsav2011-03-03 o godzinie 15:05:48, Gigsav napisał(a):
Opisana warstwa audio objęła voiceacting.
Moim zdaniem muzyka tam po prostu dobrze wpada w ucho, JEST, na to nie zwraca się wielkiej uwagi. Bez obaw, gdybym recenzował Music Master Chopin - pewnie przywiązałbym do tego większą uwagę ;)
||

||
Gość GameMusic2011-03-02 o godzinie 23:18:56, Gość GameMusic napisał(a):
Ech, kolejna recenzja i znowu bez zwrócenia uwagi na część składową każdej gry - warstwę audio, w szczególności ścieżkę muzyczną. Ja tego po prostu nie rozumiem - weźcie sobie, Panowie recenzenci wyłącznie audio i spróbujcie zachwycić się grą, wtedy pogadamy...
||

||
Bandi2011-02-28 o godzinie 18:43:16, Bandi napisał(a):
Gra ukończona i wiecie co - trzeba przejść kolejny raz - taki niedosyt się czuje, mimo, że gra krótka nie jest!
||

||
ManiaQ2011-02-28 o godzinie 17:24:40, ManiaQ napisał(a):
Gra odlotowa - kurcze, czas grać! Uciekam. :)
||

||
Gość kazuya2011-02-28 o godzinie 13:11:14, Gość kazuya napisał(a):
demo jest świetne :) może się skuszę na pełną...
||

||
Bandi2011-02-28 o godzinie 12:01:39, Bandi napisał(a):
W wersji na X360 jest jeden poważny bug - "partner" potrafi nas tak przyblokować w ciasnym przejściu, że musimy wczytać checkpointa ale ogólnie gra jest rewelacyjna i popieram wszystko co Gigs napisał
||

||
Red2011-02-27 o godzinie 19:25:48, Red napisał(a):
Bulletstorm świetną grą jest i koniec! Dobra robota PCF!
||

||

Witaj niezarejestrowany, możesz dodać swój komentarz, jednak ten będzie widoczny po akceptacji przez moderatora. Zaloguj się aby dodać komentarz bez czekania:



Nick:

||


Tylko zarejestrowani użytkownicy mają odblokowane wszystkie funkcje serwisu (w zależności od poziomu).

Zachęcamy do rejestracji, zalogowania lub przypominacza hasła. Osoby zalogowane są premiowane m.in. brakiem wyświetlania reklam w serwisie i gwarantujemy brak spamu na poczcie. Zarejestrowani maja dostep do serwisu w wyzszej jakosci.




Nintendo GamersGate IQ Publishing Cenega City-Interactive Techland
Nasz serwis wciąż ewoluuje, cały czas szukamy miejsca w internecie, które nie wypełniają inne serwisy. Na początek próbujemy otworzyć się i zjednoczyć z naszym serwisem inne strony tematyczne. Jeżeli jesteś w redakcji dobrego ale niezbyt popularnego serwisu - skorzystaj z naszego darmowego programu promocji takich serwisów! Szczegóły dostaniesz po rejestracji i wysłaniu wniosku o Współpracę za pomocą tego formularza