frame
zarejestruj
Miodny.PL Logo























Nie masz uprawnień redakcyjnych!

Dlaczego nasze serwisy wykorzystuja pliki cookies?
Uzywamy w celach statystycznych, reklamowych oraz autoryzacyjnych. Zawsze mozesz zastrzec cookies w swojej przegladarce. Jesli nie to pamietaj, ze m.in. nasza strona korzysta z tej technologii...


recenzja
Data: 2010-10-26, autor: Gigsav, dotyczy: PC XBOX 360 PS3

Fallout: New Vegas - Recenzja


No dobra. O tym, że stare Fallouty
||
fallout new vegas
||
się skończyły wie już każdy. Jednak czemuż się dziwić? Mieliśmy przecież dziesięcioletnią przepaść między drugą a trzecią „pełnoprawną” odsłoną serii. I ta trzecia miała być jak Feniks – odrodzić się z popiołów, nieść radość oraz satysfakcję, ale także nadzieję. A potem stała się premiera. I niczym Bractwo Stali przy Enklawie – podzielili się gracze. Podzielili się na tych [wyjadaczy], którzy w ogóle gry nie doceniali, ponieważ zbyt „nie-falloutowa” ona była; a także na tych, którzy po raz pierwszy z post-apokaliptycznym światem mieli do czynienia i cieszyli się, nazywając wytwór Bethesdy dziełem, lub zaakceptowali wielką przepaść czasową i powiedzieli sobie: „Choć wyjadaczem jestem, podoba mi się, bo tak być musi. Przeszłość nie wróci do przyszłości”.

Obie strony w dużej części zgadzały się jednak z jednym – czegoś „trójce” brakowało. Dostaliśmy świetny silnik fizyczny, bardzo fajną grafikę, dużo możliwości oraz mnóstwo, czasami ratujących grę, modułów. Przeszkadzała jedynie prosta fabuła i, bądź co bądź, spora, ale niewciągająca kolekcja zadań pobocznych.
Sam należę do grona, które choć „F3” zaakceptowało, to jednak nigdy do końca nie pozwoliło zapaść tej grze gdzieś głęboko w pamięć.

Poniekąd dlatego do zapowiedzi nowej odsłony o podtytule „New Vegas” podchodziłem dość sceptycznie. Bo co? To przecież Fallout 3, tyle że z kilkoma poprawkami i nowymi możliwościami. Jak sromotnie się myliłem nie miałbym pojęcia, gdybym nie zagrał. A teraz chcę Wam, Drodzy Czytelnicy, przekazać, dlaczego się myliłem. Zapraszam do przeczytania recenzji Fallout: New Vegas.

Gra była ustawiona od początku...


Czym tak naprawdę zachwyca New Vegas? Nie wiem. Wiem jednak, że za produkt zabrał się Obsidian, w którym zasiadają ludzie z Black Isle, co może być przyczyną „magiczności” gry.
Akcja została umiejscowiona w Nowym Vegas, mieście odbudowanym po Wielkiej Wojnie przez niejakiego Pana House’a, oraz jego piaszczystych okolicach w Nevadzie, które tworzą Pustkowia Mojave (Mojave jest pustynią). Gracz natomiast wciela się w postać kuriera szczęśliwie wyrwanego z objęć śmierci i wrzuconego w sam środek zaciętych bojów o panowanie nad terytorium Nowego Vegas. A bojują trzy frakcje: Republika Nowej Kalifornii, posiadająca wyszkolonych żołnierzy, dysponująca nowymi technologiami i, jakby się mogło wydawać, szlachetnymi zamiarami; Legion Cezara, w którego skład wchodzi 86 podbitych przez przywódcę (tak, tak, Cezara) plemion, lubujący się w niehumanitarnych sposobach eksterminacji swoich przeciwników oraz posiadający materiały z bożej łaski; oraz właśnie Nowe Vegas, czyli niepodległe miasto grzechu i hazardu, które swoją potęgę w konflikcie zawdzięcza... robotom.

I o ile dwie pierwsze strony konfliktu bojują otwarcie i bez skrupułów, tak Nowe Vegas, dowodzone za żelazną kurtyną przez wspomnianego Pana House’a, próbuje potajemnie ulepszać swoje „technologie”, by nagle, z zaskoczenia, zaatakować najważniejszy punkt strategiczny świata gry – Zaporę Hoovera, zyskując tym samym władzę totalną. Przejęcie Zapory jest bowiem jednoznaczne z całkowitym przejęciem „dowodzenia”.

OK, ale gdzie w tym wszystkim gracz? Ano gracz, to jest – kurier Mojave Express, przy transporcie jednej z sześciu ważnych przesyłek zostaje schwytany przez schludnego jegomościa. Jegomość ten plecie coś o ustawionej grze, mówi kurierowi kilka słów na pożegnanie, po czym częstuje go kulką prosto w czaszkę. Nie, nie zdradziłem Wam w ten sposób zakończenia. Kuriera z opresji ratuje bowiem pewien robot Victor, który przetransportowuje bohatera do małego miasteczka Goodsprings, gdzie ten zostaje poskładany do kupy przez miejscowego doktora Mitchella.

Tak właśnie rozpoczyna się nasza przygoda na Pustkowiach Mojave. Wątek fabularny wydaje się więc oczywisty – znaleźć tego, który pragnął naszej śmierci i czym prędzej się z nim rozprawić. Nic bardziej mylnego. Tak naprawdę jest to tylko jedna z misji pobocznych, będąca jakąś tam kropelką przy głównej linii fabularnej. A linia ta jest naprawdę znakomita. Można powiedzieć nawet, że bliska ideałowi. Mamy mnóstwo wyborów moralnych, połączenia z wątkami pobocznymi, świetne, różnorodne misje. Wszystko w sumie daje kilkanaście godzin zabawy. Mało, prawda? Ano mało. Co powiecie więc na kilka razy więcej zadań pobocznych o różnej, zazwyczaj niemałej długości oraz dużym stopniu rozbudowania? Ale o tym za chwilę.


następna strona


Teraz skupmy się na rozpoczynaniu nowego życia naszej postaci. Generalnie – w stosunku do „trójki” wielu zmian nie wprowadzono. Na początku tworzymy twarz kuriera, nadajemy mu imię i wydajemy pięć dostępnych punktów na „podciągnięcie” wybranych statystyk SPECIAL. Następnie, poprzez test psychologiczny przeprowadzony przez doktora, możemy dobrać bonus do dwóch umiejętności (dodatkowe punkty) oraz, nowość, wybrać unikalną zdolność naszego bohatera. Wśród tych zdolności znajduje się m. in. szybsze strzelanie czy możliwość zobaczenia Pustkowi Mojave w najbardziej pokręconym wydaniu, jakie istnieje. Tutaj twórcy zachowali się bardzo fajnie, bowiem każda zdolność ma swoje wady i zalety, dlatego dość ciężko między nimi wybrać.
Wracając na chwilę do umiejętności – oprócz tego, że broń lekką i ciężką połączono, chrzcząc ją jako „Broń palną”, oraz dodano umiejętność „Przetrwanie” (wpływa na jakość i możliwość wykonania przez nas potraw czy wynalazków na Pustkowiach),więcej zmian w zakresie umiejętności nie uświadczymy.

Przed opuszczeniem chatki doktora Mitchella, kurierowi zostaje wręczony Pip-Boy 300 oraz jego rzeczy. Na sam koniec możemy wybrać, czy chcemy grać w nowym trybie, czy też nie. Nowym trybem jest Tryb Hardcore (chwytliwie przetłumaczony na „Jestem Hardkorem”), dorzucający do gry kilka utrudnień. Musimy jeść, pić i spać, by nasz bohater przeżył. Ponadto chemikalia nie leczą okaleczeń i działają dwa razy wolniej. Jeśli zdecydujemy się „być Hardkorem” na początku gry – u schyłku wątku fabularnego otrzymamy specjalną nagrodę.
Dalej nie pozostaje już nic innego, jak w końcu trzasnąć drzwiami i zaczerpnąć świe... ekhem, napromieniowanego powietrza.

Mojave wita...


Choć na pierwszy rzut oka w Pip-Boyu mapa wydaje się naprawdę mała, szybko zmieniamy zdanie co do rozmiarów Pustkowi Mojave po zagraniu. Mamy bowiem do czynienia z naprawdę kilometrami otwartej przestrzeni, gdzie nie dość tego – na każdym kroku czeka jakieś zadanie.
Tutaj właśnie jedna z części „falloutowej magii” się ujawnia. Świat przedstawiony jest po prostu połączeniem najbardziej klimatycznych miejsc Fallouta 2. Nadaje to grze może nie jakoś nadto odczuwalnego, ale jednak zdecydowanie niepowtarzalnego klimatu. Pustkowia Mojave bardzo szybko zasypały mnie podczas burzy piaskowej i sprawiły, że już się stamtąd nie ruszyłem, dopóki nie odkryłem wszystkich ich tajemnic (co znaczy, że ciągle siedzę zasypany). Dodatkowym smaczkiem jest fakt, iż podczas rozgrywki spotkamy lokacje i stworzenia z poprzednich odsłon serii. Dla przykładu – drogę przetnie nam sam Marcus. Takie urozmaicenia znacząco wpływają na miodność produktu.

Mówiąc o postaciach i lokacjach, dwie sprawy. Pierwsza – Obsidian zrobił coś, czego nie zrobiła Bethesda – NARESZCIE ożywił postacie niezależne! W Falloucie 3 rzadko zdarzało mi się, bym skorzystał z dodatkowych, nieistotnych opcji dialogowych. Za to tutaj – robię to cały czas! Wpływ na takie postępowanie ma wspomniane ożywienie. Nie wiem dlaczego, ale każda z napotkanych postaci zaciekawia sobą. Może dorzucić swoje trzy grosze do ostatnich wydarzeń (często będących sprawką bohatera), powie nam co i jak na Pustkowiach, poleci coś, a nawet po prostu opowie o sobie – wszystko zaciekawia, wzbudza w nas chęć poznawania, sprawia, iż New Vegas jest bardzo barwny, łatwy w odbiorze i dopracowany nie tylko pod względem fabularnym, ale również „żywotnościowym”. Tym bardziej, że co człowiek – to, teoretycznie rzecz biorąc, zadanie.

Druga sprawa – lokacji jest, licząc na palcach... no przecież, że sobie żartuję. Słowem – OGROM. Nowe Vegas stanowi centrum wszystkiego. W tym mieście jasno jest tylko nocą. Właśnie wtedy ożywa, neony rażą w oczy, a striptizerki rozpoczynają na ulicach prawdziwy pokaz swoich zdolności. Dla kontrastu – noc na przedmieściu Nowego Vegas, w tak zwanym Freeside, to pora napadów bandytów i wygrzebywania się ogromnych szczurów z kanałów.
Cały teren naokoło niepodległego miasta tworzy zamieszkałą pustynię. Trafiamy na „połamane” autostrady, steampunkowe miasteczka od podszewki prowizorycznie wybudowane przez ludzi, przerdzewiałe elektrownie, krypty, olbrzymie obozowiska i wiele, wiele innych miejsc. Najważniejszy jest chyba jednak fakt, że nareszcie czujemy, iż poruszamy się po prawdziwych PUSTKOWIACH (nie było o takowych mowy przy okazji zwiedzania w pełni zamieszkałych „Stołecznych Pustkowi Waszyngtonu”). Często trafimy na bezkresne pustynie, których pokonanie w towarzystwie Radskorpionów i innych Szponów Śmierci jest bardzo trudne, a kiedy na horyzoncie pojawi się już ta upragniona osada – będziemy skakać z radości.


poprzednia stronanastępna strona


W tej beczce miodu znalazła się jednak niemała łyżka dziegciu. Mianowicie – grafika. Oprawa wizualna mocno zubożała w stosunku do poprzedniej części gry. Widząc niektóre lokacje aż oczy bolą. Identyczne, brzydkie i rozciągnięte tekstury porozmieszczane obok siebie, brak HDR pomimo włączenia tej opcji, błędy w oświetleniu. Do wszystkiego dochodzi optymalizacja. Jak można „zarżnąć” tak słabą grafikę? Ano można. Bardzo często zdarzają się niesamowite spadki FPS, kiedy na ekranie pojawia się wielu ludzi (fakt faktem – postacie są ładne, ale żeby sześć obok siebie rozpruwało komputer?), lub kiedy gra po prostu, sama z siebie zaczyna zwalniać. Wszystko dziwi tym bardziej, iż całość stoi na „objechanym”, wykorzystanym w Falloucie 3 silniku GameBryo, a sama „trójka” wyglądała ładniej. Wisienką na torcie, choć to już nieco odrębny temat, okazują się techniczne niedociągnięcia, zwane bugami. Występują one często, nawet (Boże, widzisz i nie grzmisz) podczas wykonywania niektórych misji głównych.

Czasami odnosiłem wrażenie, jakby wspomniane niedociągnięcia były robione specjalnie na moją niekorzyść. Jakby Obsidianowi brakowało testerów do sprawdzenia gry przed wypuszczeniem jej na rynek. Jakby na złość wrzucono mnie do pomieszczenia z teksturami robionymi w Paincie, gdzie postać, z którą mam porozmawiać połową ciała tkwi w szafie, a dodatkowo nie mogę z nią przeprowadzić konwersacji, ponieważ brakuje opcji dialogowych. Plus na koniec, po wyjściu z pomieszczenia, gra się wysypuje.
Już kilka dni po premierze pojawiły się dwie łatki, które jednak w pełni produktu nie załatały. Niestety – potwierdza się tutaj złośliwe powiedzenie, że „Obsidian... to Obsidian”.

Powiedziałem o aspektach wizualnych, a przy nich często stoją i aspekty audio. Ścieżka dźwiękowa w New Vegas jest plusem do klimatu, ale jednak niczym specjalnym. Do dyspozycji gracza zostały oddane utwory autorskie (długie tracki zmieniające się w zależności od sytuacji) oraz kilka radiostacji. Dwie mogę wyjawić tutaj, ponieważ towarzyszą nam od początku zabawy. Są to Radio Mojave i Radio New Vegas. Pierwsze posiada zapas piosenek bez wokalistów. Grają tam mniej czy bardziej dynamiczne i miłe dla ucha utwory. Drugie to już wyższa szkoła jazdy, ponieważ opiera się o licencjonowane „songi” tamtych lat (tak, świat New Vegas to wciąż rozwinięta cywilizacja+kultura lat 50’ XX wieku). Usłyszymy m. in. Deana Martina i jego bardzo sławne już (Mafia II) „Ain’t That a Kick in the Head” czy „Jingle Jangle” Kaya Kysera.

Ale tutaj znów bolączka. Wszystkich utworów mamy nie więcej niż... 50... I zrozumiałbym to, gdyby Fallout 3 nie odniósł tak dużego sukcesu komercyjnego (nie przyniósł tylu zysków) lub gdyby Bethesda nie grała roli wydawcy. A tak – panowie, co jest? Wszystkie radiostacje naprawdę mogą się znudzić po kilku godzinach gry, a dodatkowo dźwięk nie jest ustabilizowany. Przy jednym utworze musimy ściszyć, „bo jest za głośno”, a inny wymaga przekręcenia głośników, byśmy mogli cokolwiek usłyszeć. Niefajnie.

Nie ma to jak kasyno... gdzie możesz oddać wszystkie kapsle właścicielom...


Dobra, to żem ponarzekał, a teraz przyszedł czas na przedstawienie Wam gameplayu. Może na początek – drążone od pierwszych zdań recenzji misje.
Jak wspomniałem – sama fabuła starcza na kilkanaście dobrych godzin, a jeśli się rozsmakujemy – zejdzie ponad dwadzieścia. I co się okazuje potem? Że tak naprawdę świetna, wielowątkowa linia fabularna to tylko ziarnko piasku w morzu zadań pobocznych rozsianych na Pustkowiach. Więcej – każde z tych zadań jest długie, a jego wykonywanie daje frajdę ze względu na różnorodność. Raz pomożemy snajperowi zabić osobę odpowiedzialną za zaginięcie jego żony (oczywiście najpierw przeprowadzimy dochodzenie kim ta osoba jest), innym razem wyślemy grupkę ghuli do zaplanowanego przez nich miejsca korzystając z... rakiet. Czasem zdarzają się takie „giganty”, że spędzimy przy nich więcej, niż przy niejednym zadaniu z kampanii głównej. Czy może być jeszcze lepiej? Może. Jak wspominałem wcześniej – na wątki poboczne natrafiamy co krok. Kiedy dotarłem do Nowego Vegas, zakładka „ZADANIA” w moim Pip-Boyu była istnym śmietnikiem niezaczętych, skończonych do połowy czy ledwo „liźniętych” zadań pobocznych. I to jest prawdziwe RPG. Twórcy mówią, że Fallout: New Vegas może dostarczyć nawet sto godzin czystej zabawy. I wiecie co? Ja im wierzę.

Dobra, przejdźmy się przez te Pustkowia.
O świecie już wiecie. Oczywiście w czymś tak wielkim nie mogło zabraknąć zła. Świat po nuklearnej wojnie podnosi się bardzo wolno. Ludzie, ghule, stworzenia – wszystko tworzy ugrupowania, które oprócz tego, że muszą kłócić się ze sobą (polityka) i podlegać „Tym Wielkim” (Republika Nowej Kalifornii, Legion Cezara, Nowe Vegas), to jeszcze stawiają czoło wielu przeciwnościom losu.


poprzednia stronanastępna strona


Takimi przeciwnościami są wszechobecne zmutowane stworzenia czy inne, złowrogo nastawione ugrupowania. Ze wszystkim przyjdzie się nam, biednemu, samemu jak palec kurierowi zmierzyć. Warto przy tym napomnieć, iż poprzez wykonywanie misji dla danych frakcji czy ugrupowań – zdobywamy reputację. W zależności od tego, jaka będzie, ich członkowie zmienią do nas nastawienie. Jeśli wykonamy porządny zestaw misji dla Nowej Republiki Kalifornii – stracimy w oczach konfrontującego z nią Legionu Cezara i na odwrót. Ważną rolę odgrywa również ubiór. Po założeniu zbroi któregoś z legionistów – pomimo pozytywnej reputacji, ogień otworzą do nas sprzymierzeńcy z NRK.
Całość tyczy się również małych miasteczek i gangów. W tym świecie nie można pozostać neutralnym.

Nie przedłużając więcej – kiedy dojdzie do walki (wiem, że tego chcieliście, sadyści), wszystko zależy od stopnia rozwoju naszych umiejętności, stylu walki i jej przemyślenia.
Jako nowość - w Fallout:New Vegas twórcy dodali małą rzecz, która cieszy. Mianowicie – celowniki. Tak, teraz nareszcie będziemy mogli powiedzieć, że celujemy, a nie przybliżamy obraz. Niestety kiedy użyjemy „Iron Sighta” (spolszczone na „prawdziwy celownik”) znów odzywa się grafika, ponieważ wtedy zauważamy jak bardzo niedopracowane (znowu...) są tekstury uzbrojenia. Ale zostawmy już ten wątek w spokoju.
Drugim bajerem okazuje się możliwość kupna ulepszeń do naszego oręża. Rzeczy takie jak tłumiki, powiększone magazynki i celowniki przestają być Falloutowi obce.

Wracając do walki – możemy walczyć albo w trybie pierwszoosobowym, czyli w czasie rzeczywistym, albo korzystając z systemu V.A.T.S.. Krótkie przypomnienie – dzięki V.A.T.S.’owi walka w czasie rzeczywistym przestaje istnieć. Jest to system, podczas używania którego następuje „time-stop” i mamy możliwość zaznaczenia poszczególnych kończyn przeciwnika (ukazany jest ich stan oraz szansa na trafienie), po czym próby podziurawienia nieprzyjaciela. Odpowiednia ilość celnych strzałów nagradzana jest trafieniami krytycznymi lub nawet okaleczeniami kończyn wroga. Musimy jednak mieć również na uwadze fakt, iż czasem w ogóle nie trafimy, a tylko poślemy kule w niebo. Tutaj kłaniają się umiejętności.

Co zrobić, by umiejętności podrasować? Awansować na kolejny poziom doświadczenia! Tego chyba nie muszę tłumaczyć. Zabijanie wrogów, odkrywanie nowych miejsc, wykonywanie zadań – wszystko to nagradzane jest Punktami Doświadczenia. Po uzbieraniu odpowiedniej ich ilości awansujemy na kolejny poziom doświadczenia. Podczas awansu możemy przeznaczyć określoną liczbę punktów umiejętności na wybraną umiejętność. Im wyżej – tym lepiej idzie nam w danym zakresie. Mamy także możliwość wybrania unikalnego profitu, tzw. perka, który w jakiś sposób pomaga nam podczas gry. Ale uwaga! Jest kolejne utrudnienie. Tak jak w Falloucie 3 mogliśmy wybrać perk co poziom, tutaj będziemy mogli to robić „dopiero” co dwa. Takie rozwiązanie jeszcze bardziej wzmaga naszą rządzę poznawania Pustkowi i wykonywania zadań, ponieważ dobry gracz wejdzie tak wysoko, jak to tylko możliwe.


poprzednia stronanastępna strona


A jeśli w pojedynkę nie radzimy sobie z hordami przeciwników? Tutaj z pomocą przychodzą towarzysze. W grze spotkamy ich kilkunastu, a każdy będzie wyróżniał się innymi profitami. Dla przykładu – jeśli pozwolimy przyłączyć się do nas latającemu robotowi, zyskamy zdolność zobaczenia przeciwników na radarze nawet wtedy, kiedy nie będą oni w zasięgu naszego wzroku.

Wszystkim kompanom (bo przy sobie możemy mieć dowolną ich ilość) wydajemy komendy za pomocą Koła Kompanii. To takie wsadzone w kółko i przedstawione w postaci obrazków opcje dialogowe. Między innymi mamy możliwość zmiany nastawienia naszego towarzysza, jego odległość od nas czy styl walki. Rozwiązanie wiele jednak nie wnosi, ponieważ w bitewnym szale tak czy siak boimy się wyłącznie o własną skórę, a kompani niech robią co chcą, byle nie umierali. Chociaż, nie powiem, jako przenośna szafka na ekwipunek sprawdzają się całkiem dobrze.
Na poważnie – jeśli chcecie doświadczyć jeszcze więcej przygód w nowym Falloucie, trzymajcie towarzyszy przy życiu. Każdy bowiem prędzej czy później zasygnalizuje, że nęka go pewien problem, który trzeba rozwiązać, co oznacza dodatkowe, ciekawe zadanie.

Kiedy zechcemy w końcu odpocząć od ratowania Pustkowi – możemy zasmakować prawdziwej gry... w kasynie. Kasyna w największej częstotliwości występują na terytorium Nowego Vegas. Wspaniale oświetlone od razu dają o sobie znać.
W kwestii gry – twórcy zaserwowali graczom trzy rodzaje - Blackjack, Ruletka i automaty. Aby zagrać w jakąkolwiek, trzeba się najpierw uzbroić w żetony. Żetony zdobywamy zamieniając kapsle lub inną walutę w punkcie wymiany. Później – czysta gra. W Blackjacku, jak wiadomo, przypadek gra rolę drugoplanową, natomiast automaty i ruletka – to już co innego. I nie zdziwi Was pewnie fakt, iż właśnie od szczęścia bohatera zależy, czy wypadnie obstawiony czarny lub czy ujrzymy trzy siódemki. Tak, tutaj ta statystyka SPECIAL mocno wpływa na przebieg gry, ale nie zmienia jej całkowicie. Wciąż są szanse, że po prostu w ekspresowym tempie stracimy wszystko, co dotychczas mieliśmy.

Kiedy zdobędziemy określoną ilość zysków w kasynie, właściciele mogą nam wręczyć różne upominki, a czasem nawet wygonić z kasyna, zarzucając oszustwo! Bardzo spodobał mi się ten pomysł, szczególnie, że to właśnie dzięki kasynom zbiłem największą fortunę. Po raz kolejny twórcy nie rozpieszczają i nie pozwalają graczowi na zapełnienie jego ekwipunku milionami kapslami (przynajmniej nie w jednym miejscu). Pogratulować pomysłu.

I tak po spędzeniu upojnej nocy wśród pięknych kobiet, alkoholu oraz brzęku żetonów – zmierzamy do łóżka...

Wojna... wojna nigdy sie nie zmienia...


Wyjadacze na pewno się zadowolą. Na sto procent. Fallout: New Vegas to swoisty powrót do korzeni przy nowoczesnej technologii. To co było już nie wróci, ale duch tego pozostanie. Obsidian złapał ducha starych Falloutów i perfekcyjnie umieścił go w najnowszej odsłonie serii. Pomimo licznych niedoróbek, które potrafią zdenerwować – gra z pewnością przebija swojego starszego o dwa lata brata, za co owacja na stojąco dla twórców. Powiecie: „Phi, co to za osiągnięcie – gotowy silnik, gotowy zamysł, gotowe wszystko...”. Ja także myślałem w ten sposób. Myślałem i nadal myślę... i nadal nie mogę pojąć, co takiego Obsidian zrobił, że mamy następnego „prawdziwego” Fallouta, który cieszy bardziej niż kiedykolwiek. Ocena wystawiona przeze mnie jest w 100% obiektywna, gdyby ktoś chciał się odwołać do subiektywnych uwag.


poprzednia strona


+ Rewelacyjna, wciągająca, wielowątkowa fabuła

+ Mnóstwo równie wciągających i rozbudowanych zadań pobocznych

+ Ogromny, różnorodny świat czekający na zwiedzenie

+ Ciekawe postacie niezależne (!)

+ Kilka nowinek dorzuconych do gry (celowniki, reputacja, modyfikacje broni itp.)

+ Możliwość dołączenia do siebie wielu kompanów

+ Kasyna

10 na 10 0.7
- Grafika (ble)

- Niedociągnięcia techniczne

- Niestety dość marny soundtrack




Ogólnie:     87%

Zalety Wady
+ Rewelacyjna, wciągająca, wielowątkowa fabuła
+ Mnóstwo równie wciągających i rozbudowanych zadań pobocznych
+ Ogromny, różnorodny świat czekający na zwiedzenie
+ Ciekawe postacie niezależne (!)
+ Kilka nowinek dorzuconych do gry (celowniki, reputacja, modyfikacje broni itp.)
+ Możliwość dołączenia do siebie wielu kompanów
+ Kasyna
- Grafika (ble)
- Niedociągnięcia techniczne
- Niestety dość marny soundtrack
Dotyczy wersji:
PC

Autor:

Gigsav


 

||
Video 1780
||

Fallout: New Vegas Ultimate Edition Trailer




Pora na Wasze komentarze:


||
Gość anonimowy2011-03-31 o godzinie 10:18:18, Gość anonimowy napisał(a):
po przeczytaniu tej recki zakupie tę gre pozdrawiam
||

||
Gość anonimowy2010-11-09 o godzinie 16:02:52, Gość anonimowy napisał(a):
do icy tower nie ma porownania ;/ szit jak niewiem
||

||

Witaj niezarejestrowany, możesz dodać swój komentarz, jednak ten będzie widoczny po akceptacji przez moderatora. Zaloguj się aby dodać komentarz bez czekania:



Nick:

||


Tylko zarejestrowani użytkownicy mają odblokowane wszystkie funkcje serwisu (w zależności od poziomu).

Zachęcamy do rejestracji, zalogowania lub przypominacza hasła. Osoby zalogowane są premiowane m.in. brakiem wyświetlania reklam w serwisie i gwarantujemy brak spamu na poczcie. Zarejestrowani maja dostep do serwisu w wyzszej jakosci.




Nintendo GamersGate IQ Publishing Cenega City-Interactive Techland
Nasz serwis wciąż ewoluuje, cały czas szukamy miejsca w internecie, które nie wypełniają inne serwisy. Na początek próbujemy otworzyć się i zjednoczyć z naszym serwisem inne strony tematyczne. Jeżeli jesteś w redakcji dobrego ale niezbyt popularnego serwisu - skorzystaj z naszego darmowego programu promocji takich serwisów! Szczegóły dostaniesz po rejestracji i wysłaniu wniosku o Współpracę za pomocą tego formularza