To, mój przyjacielu, nie jest zwykła historia...
Platformówki! Nareszcie platformówki!
Ale też nie byle jakie platformówki! Zajmiemy się dziś grą nad wyraz ciekawą, przy której można się naprawdę świetnie bawić czy, dla równowagi, od czasu do czasu połamać jedną klawiaturę/pada ze złości.
I tak, ta gra to kolejny produkt z serii: „Nikt o mnie nie słyszał, bo mój głos zagłuszają nowsze produkcje”. My jednak słyszymy i dlatego dziś z morza produkcji spod herbu elektronicznej rozrywki wyłowimy... pewnego Pana...
Powitajmy przygody jednego z najbardziej chytrych złodziei, jakich nosiła Ziemia.
Przed Wami...
...które do niedawna mogli zakupić tylko posiadacze XPudła Obrotowego. Jednak dzięki rozwijającej się platformie Steam, to znaczy – dzięki uprzejmości tejże platformy – mogą kupować i grać także Pecetowcy.
Kradnie, nie widząc nic oprócz swojego nosa...
Włączając grę już wiedziałem, że nie będę się nudził, a jako że miałem do czynienia z grą platformową – chwyciłem za pada.
Po szybkim utworzeniu profilu i wybraniu opcji „New Game” – przeszedłem do akcji.
Moim oczom ukazała się z pozoru prosta, ale niezwykle bajkowa i klimatyczna rymowanka, zapowiadająca „coś dużego”.
Ogólnie – tak właśnie przedstawiana jest fabuła gry. Krótkie wierszyki w języku angielskim, ukazywane na początku każdej planszy, dla których tło stanowią czarno-białe obrazki o tematyce zbliżonej do danej opowieści. Pogratulować koncepcji.
O czym zaś traktuje sama historia?
Wcielamy się w postać P.B. Winterbottoma, który prowadzi swawolne życie złodzieja ciast w miasteczku Bakersburg. Jest bardzo zuchwały i, jak mówi jeden z wierszyków, nie widzi niczego oprócz swojego wielkiego nosa. To zuchwalstwo w końcu wpędza go w niemałe tarapaty. Pragnąc za wszelką cenę zdobyć tajemnicze ciasto, które wygląda lepiej (a raczej – smaczniej) niż pozostałe, powoduje zmiany w czasoprzestrzeni. Krótko – cofa czas, jednocześnie „psując” go i uruchamiając destrukcyjną wręcz machinę dla mieszkańców Bakersburga.
Ogólnie – robi się jeszcze weselej, niż było wcześniej.
Widać tutaj małe nawiązania do fenomenalnego Braida. Nie bójcie się jednak, fani tej produkcji! The Misadventures of P.B. Winterbottom to bardzo świeże podejście do tematu, o czym powinniście przekonać się czytając tę recenzję.
Już pierwszy poziom zwraca naszą uwagę na
bardzo specyficzną oprawę wizualną, a także ogólny styl gry.
Całość została utrzymana w dwóch wymiarach (jak to dobre platformówki) oraz, co już rzadziej spotykane, dwóch kolorach – czarnym i białym (plus odcienie tych kolorów). Produktowi nadaje to naprawdę bardzo specyficznego klimatu. Czujemy się jakbyśmy byli widzami na seansie jakiegoś starego, bardzo starego filmu niemego. Dlaczego niemego? Ano dlatego, że żaden z bohaterów (pomijając fakt, że bohatera właściwego mamy tutaj jednego) nie odzywa się podczas przygody. Mamy jedynie napisy u dołu ekranu i wspomniane historyjki, za pomocą których prowadzona jest linia fabularna.
Dobrze, rozpoczynamy któryś z dalszych poziomów. Szybko dowiadujemy się, że potrzebne nam będzie zaledwie kilka przycisków, by wykonywać proste, a zarazem fundamentalne czynności. W skrócie – kilka przycisków do sterowania.
O co chodzi w rozgrywce?
Podobnie jak Braid – The Misadventures of P.B. Winterbottom nie jest platformówką, która polega jedynie na dynamicznym skakaniu z platformy na platformę. Tutaj nie dość, że trzeba mieć sprawne palce, wypada posiadać także sporo szarych komórek, których często będziemy używać.
Na powierzchni każdej planszy rozsianych zostaje bowiem klika bądź
kilkanaście ciast. Naszym zadaniem jest, a jakżeby inaczej, zebranie wypieków. Już w tym miejscu wspomnę, że od momentu, kiedy Pan Winterbottom spowodował znaczne zmiany w czasie – może kontrolować swoje klony.
Jak je kontrolować i o co z tymi klonami chodzi?
Poza zbieraniem ciast, jak już mówiłem, na każdej planszy trzeba choć w najmniejszym stopniu wysilić umysł. Na początku oczywiście mamy prościutkie łamigłówki, jak fakt, że gdy pociągniemy za jedną wajchę – włączy się mechanizm, który sprawi, iż blokujące nam drogę do wypierków przeszkody zostaną usunięte.
Jednak z biegiem czasu nie brakuje naprawdę czysto logicznych, czysto zręcznościowych, bądź czysto logiczno-zręcznościowych leveli. Bo powiedzcie szczerze – czy sprawy nie skomplikują się, kiedy ciasta trzeba będzie zebrać w określonym, niemiłosiernie uciekającym czasie, więcej – w ustalonej kolejności? A gdy te wypieki będzie mógł zebrać tylko klon?
No dobrze, powiem już o co z tymi klonami chodzi.
Pan Winterbottom, kiedy dokonał wspominanych już często zmian w czasoprzestrzeni, zyskał też kilka specjalnych umiejętności. Jedną z nich jest klonowanie czynności, które wykonuje.
Aby stworzyć klona, w pierwszej kolejności należy,
co oczywiste, przytrzymać przycisk odpowiedzialny za stworzenie klona. Rozpocznie się nagrywanie tego, co w danym momencie robimy. Powiedzmy więc, że podejdziemy do wajchy, której popchnięcie sprawi, iż mała winda wjedzie na górę, w kierunku ciasta. Gdybyśmy w tym momencie działali sami, nie dalibyśmy rady na windę zdążyć. Wystarczy jednak, że raz w wajchę uderzymy i przerwiemy nagrywanie. Pojawi się fioletowy klon, który będzie uderzał w nią raz za razem, dokładnie tak, jak uderzaliśmy my. Jeśli przed uderzeniem czekaliśmy pięć sekund – klon także zaczeka.
Warto wspomnieć, iż poszczególne plansze oddają do naszej dyspozycji określoną liczbę klonów. Jeśli możemy wytworzyć trzy klony, a wytworzymy czwartego – pierwszy z trójki zostanie usunięty.
Cóż, przy klonach mógłbym też wspomnieć o portalach, jednak myślę, że to każdy z Was powinien odkryć samemu.
następna strona
Wracając do poziomów – raz są nieziemsko trudne, innym razem bardzo proste. Ogólnie twórcy bardzo dobrze poradzili sobie z równowagą między światami (a co za tym idzie – poziomami), więc czasem nie zabraknie nam podwyższonego ciśnienia i pękające żyłki na czole, a czasem satysfakcji z racji szybko ukończonych łowów.
Uwierzcie mi jednak na słowo –
nuda w przygodach Pana Winterbottoma nie istnieje.
Kończąc wątek rozgrywki właściwej wypada wspomnieć o wieży, a właściwie tajnej kwaterze Winterbottoma, do której przenoszeni jesteśmy po ukończeniu jakiegoś „świata”. Tak, gra podzielona została, podobnie jak Braid czy Mario, na różne... zbiory poziomów (popularnie nazywane światami). Zbiorów „fabularnych” w P.B. Winterbottomie mamy pięć, a w każdym z nich po dziesięć plansz. Do tego dochodzą „światy dodatkowe”, czyli zbiór sześciu pięciopoziomowych światów, które są niczym innym jak tylko urozmaicaniem zabawy i, uwaga, szansą na zdobycie Osiągnięcia!
Tak, w grze zastosowano system Achievementów, jednak posiada on dość symboliczne znaczenie, mające na celu raczej tylko usatysfakcjonowanie gracza, niż jakieś większe konsekwencje.
Na deser pozostaje coś, z czym mamy przyjemność spotykać się od menu po zakończenie. Oprawa dźwiękowa.
Powiem otwarcie, że jest to jedno z najbardziej wpadających w ucho zestawień nut, z jakim dane mi było obcować. Dostajemy dość prostą, jednak dynamiczną muzykę, a wszakże w prostocie siła, jeśli zostanie ona dobrze wykorzystana. Tutaj wykorzystana została wręcz doskonale.
Reasumując - audio zastosowane w P.B. Winterbottomie na pewno zapadnie mi
w pamięć, a konkretniej – w ucho, na dość długo.
Czy uda mu się naprawić to, co zniszczył?
Z pewnością takie gry przydają się rynkowi. Proste (co nie oznacza „łatwe”!), krótkie, czasem wymagające kilku godzin na zastanowienie się, cieszące nasze zmysły wysublimowaną oprawą audiowizualną.
Tak, produkcji tego typu potrzebujemy i cieszymy się za każdym razem, gdy jakaś ujrzy światło dzienne.
The Misadventures of P.B. Winterbottom = dobra robota!
poprzednia strona