Coś się zmienia. W branży gier, ma się rozumieć. Produkcje komputerowo-konsolowe zaczynają wychodzić z cienia, porzucają niesławną opinię na swój temat. Dlaczego? Czas, drodzy czytelnicy. Kruszy się pokolenie, dla których elektronika kojarzy się z instalacją w mieszkaniu. Coraz więcej osób będących obecnie w sile wieku pamięta swoje miłe chwile z grami. I właśnie dlatego mniej ludzi postrzega nasze hobby jako rozrywkę dla dzieci, pełną przemocy, krwi mającą druzgocący wpływ na młody umysł. Pewnie, takie osobniki chodzą jeszcze po tym świecie, lecz to już - niestety? - myślenie dogorywające. No bo czy wyobrażacie sobie sytuację, w której Wy, aktywni gracze, po osiągnięciu pewnego, wysokiego - czego Wam życzę - stanowiska nagle zaczniecie postrzegać graczy jako zgubę społeczeństwa? Nie!
Ta dynamiczna zmiana myśli ma swe odzwierciedlenie nie tylko w mentalności ludzi, ale również w szeroko pojętym marketingu. W jaki sposób? Kampanie growe atakują - chciałoby się rzec. Oczywiście jedna drugiej nie równa, ale i w wielu przypadkach budżety na promocje są różne. Prawda jest jednak taka, że reklamy zachęcające nas po sięgnięcie za konkretny tytuł stały się standardem w telewizji (bo w internecie były od dawna). Assassin's Creed: Brotherhood, Killzone 3, PS Move - to tylko niektóre marki na jakie natkniemy się podczas odmóżdżających seansów przed szklanym ekranem odbiornika. I ja bardzo to chwalę. Serio. Wolę pooglądać ładnie przygotowane zwiastuny znanych mi tytułów, niż po raz setny panią w bikini zachwalającą margarynę - chociaż... Problem w tym, że niekiedy marketing gier przekracza wszelkie granice. Weźmy Mass Effect 2 - Shepard, który nie wie na co się porywa, to zwrot wręcz kultowy - czy... rodzimego Wiedźmina 2. Niestety. Ktoś z CD Projektu postanowił, że świetnego erpega przedstawi graczom jako nieliniową, pełną zwrotów akcji produkcję - co jest jak najbardziej w porządku - natomiast całej rzeszy nie-graczy jako platformę do oglądania cycków Triss.

Seks sells everything? Pewnie tak - a raczej na pewno tak - co z premedytacją postanowił wykorzystać wydawca. Skutek to rudowłosa czarodziejka Triss, postać z gry komputerowej, otrzymująca pierwszy raz w historii polskiego Playboya rozkładówkę. Zresztą wpajanie ludziom, że TW2 to goła Merigold ma miejsce nie tylko w Kraju nad Wisłą. Spójrzmy chociażby na Rosję, gdzie pojawi się kalendarz z postaciami z Wiedźmina 2. Nic niezwykłego? Jasne, lecz aktorzy wcielający się w Białego Wilka i jego towarzyszkę (tak, w tych rolach "żywi" ludzie) mają za zadanie sprzedać tytuł ciałem. No dobra, głównie pani ma to zrobić, naga tuląc się do białowłosego herosa. Dziwi mnie to szczególnie w kontekście słów Tomasza Gopa, starszego producenta gry, który w wywiadzie dla Polygamii stwierdził, iż nie jest to tytuł dla nastolatków, więc gołym biustem nikt go promować nie zamierza.
Co to oznacza? Że rozpoczął się bardzo agresywny i bezpośredni marketing Wiedźmina 2 i wszystkie środki stały się dozwolone - spoty reklamowe w telewizji, internecie, plakaty na mieście... no mamy Geralta wyskakującego z lodówki - niemalże. Taka strategia ma swoje plusy i minusy. Z jednej strony nie ma osoby, która by o drugim Wieśku usłyszała. Zbyt odważne słowa? Bynajmniej. Głoszą je nawet sami wydawcy. Bo jak nie wiedzieć czym są Zabójcy Królów, skoro do pracy jeździmy metrem, na którego ścianie widnieje wielki plakat z gry? Jak pozostać w niewiedzy, gdyż tuż przed, bądź w trakcie, największych telewizyjnych hitów (X Factor, chociażby) między masłem a olejem pojawia się siła łepetyna Białego Wilka? No i w końcu jak nie zauważyć rudowłosej Triss, która dumnie prezentuje swe wdzięki na okładce Playboya?
Z drugiej jednak wielu osobom taki natłok może się nie spodobać. Bo umówmy się, kto z nas lubi gdy wciska się nam jakiś produkt na siłę? Otóż to. Działania i starania wydawcy mogą się okazać bronią obusieczną. Owszem, świadomość marki będzie wielka (to znaczy Zabójcy Królów, bo Wiedźmina jako taki był wcześniej kojarzony - i to dość dobrze), lecz naładowany agresją marketing może odepchnąć graczy zastanawiających się nad zakupem produkcji. Oczywiście dokonałem dość drastycznego podziału na dwie skrajności. Zapewne istnieje ogromna część fanów Sapokowskiego i "jedynki", która całą tę "aferę" ma w głębokim poważaniu, a pomimo nazbyt intensywnej promocji tytuł zakupią - patrz chociażby ja.
A więc dlaczego poruszam ten temat? Bo z lekkim przerażeniem patrzę na to, co dzieje się wokół Wieśka. Natłok informacji, zwiastunów, materiałów filmowych - a ja chciałbym tak po prostu pograć. Pisząc setny news na Gejmie o Wiedźminie 2 miałem już lekki przesyt. W takim razie nie pisz - powiecie. No tak też można, ale z drugiej strony jak tak wyczekiwaną produkcję "olać" - tym bardziej jeśli sam na nią długo wyczekujesz? Niemniej niesmak pozostaje... Cieszę się tylko z tego, że CDP nie poszedł drogą BioWare i wspomnianego już Mass Effecta 2, gdzie zwiastuny spoilujące fabułę uniemożliwiały w pełni przyjemną rozgrywkę. Bo po co grać w erpega, skoro jego koniec znamy?

A na koniec taka mała rada dla twórców: niedopowiedzenia są o wiele bardziej zachęcające niż przesyt wieści. Dlatego należałoby znaleźć złoty środek między subtelnym powiadamianiem graczy i nie-graczy o zbliżającej się premierze, a gnieceniem go tą informacją niczym ogromnym butem. No ale kto wie? Może się nie znam, a Wiedźmin 2 sprzeda się rewelacyjnie? Być może kampania boobs in your face ostatecznie okaże się trafna? Pewnie tak, przecież to, mimo wszystko, strasznie wyczekiwana gra. Ba! Nawet ja zakupiłem ją w wydaniu najbogatszym. Zresztą suma summarum nie liczy się to co wokół gry, a sama gra i jej wykonanie. Miejmy nadzieję, iż to stanie na tak wysokim poziomie, że zadziała najlepsza i najuczciwsza kampania reklamowa - poczta pantoflowa, a więc polecanie danej pozycji znajomemu. Czego sobie i Wam, drodzy czytelnicy, życzę.
Autor:
Red